A$AP Rocky – Long.Live.A$aP

longliveasapMożliwe, że pierwsza recenzowana płyta w tym roku okaże się na koniec albumem roku.

Uff, jak dobrze, że A$ap nie zdążył wydać debiutanckiej płyty w poprzednim roku, jak to miało odbyć się planowo. Niestety pomimo skończonego materiału do końca czekano na wiele pozwoleń na wykorzystanie niektórych sampli. Jest to  szczęście w tym sensie, że nie doszedł kolejny kandydat do miana płyty roku. A tak na poważnie „Long.Live.A$ap” ma zadatki na album roku?

Człowieeeeku – kontynuuje wewnętrzny dialog. Ta płyta to prawdziwa czarna perełka. Zacznijmy od tego, że A$ap Rocky a właściwie Rakim Mayers to zupełnie inna osobowość hip-hopowca. On w ogóle nie wygląda na kogoś z rapem związanego. Liczne kreacje, rozmaite stroje, kapitalny elegancko-młodzieżowy styl podpowiadają, że to może jakiś model? Ponadto sposób w jaki się promuje wskazuje, że wie gdzie celnie uderzyć by o nim dużo mówiono. Zauważcie ile jego piosenek ma teledyski! Sprawdźcie jego profil na fejsie. Żadnych pierdół. Dużo mówi o nim jego wiek. Rocznik 87, to nowe pokolenie raperów z Kendrickem Lamarem i Drakem na czele, które wychowało się na komputerach, internetach i nie musiało oglądać MTV by dowiedzieć się czegoś o muzyce.

A co z muzyką? Broni się. Ba, to nowa jakość w rapie. Mówi się, że Kendrick Lamar sprowadził z powrotem hip-hop. To co w takim razie zrobił A$ap Rocky? Jeszcze bliżej go sprowadził i dał ludziom. Kwestią czasu jest, aż ruszy cała fala nowych wykonawców na pełnej parze. O Panu Mayersie z Harlemu już w 2011 dużo się mówiło za sprawą jego mixtape’u. Był co prawda trochę nie równy, ale taka „Trilla” czy też „Wassup” do tej pory mi w głowie siedzi.

Nowa płyta to nowe podejście. Już otwierający całość „Long Live A$ap” zapowiada coś ciekawego. Psychodeliczny rap plus tekst poruszający kwestie egzystencjalne plus kapitalny refren. Następne „Goldie” z świetnym beatem prezentuje się się odmiennie. Jest to już bardziej imprezowy kawałek pełen nawiązań i nasączony skojarzeniami. Tekst również świetny, sporo tutaj fajnych linijek typu: „Yes, I’m the shit, tell me do it stink?„. Najbardziej jednak imprezowe kawałki to „Fuckin Problems” – traktujący o problemach z kobietami i „Wild For The Night” – gdzie ułomny dubstep Skrillexa okazał się strzałem w dziesiątkę! Mocnym punktem płyty jest „1 Train”. To stara szkoła hip-hopu pełna ciekawych osobowości na featuringu. W ogóle goście na „Long. Live.A$ap” są zacni. Kendrick, Drake, Santigold, Danny Brown, Joey Bada$$ i wielu innych.

Kolejny w zestawieniu „Fashion Killa” to przemyślenia na temat mody i ubioru. Jedna z lepszych piosenek  na płycie, aczkolwiek ciężko tutaj cokolwiek wyróżniać bo całość stoi na wysokim poziomie pomimo, że każda piosenka prezentuje inny, odmienny styl. Na przykład taki „Phoenix” to niby prosty i przyjemny utwór, ale czuć w niej wpływ muzyki raczej związanej z gitarami. W zasadzie A$ap przyznawał się kiedyś, gdzieś tam do słuchania Radiohead. W tym momencie o dobrą muzykę już nie trudno.

Hip-hop ma się dobrze. Dzięki takim artystom jak A$ap Rocky czarna muzyka ciągle się rozwija i zdobywa nowych słuchaczy. W tym momencie nie są to tylko łyse typki przesiadujące na ławce pod blokiem. To również Ty, Ja, Twoi hipsterscy kumple i cygan. „Long.Live.A$ap” to mocny kandydat na album roku i śmiało to mogę mówić już teraz. Kapitalne, różnorodne piosenki, świetna nawijka Rakima, doborowe towarzystwo na featuringu, rewelacyjne podkłady to niepodważalne dowody na to, że mamy do czynienia z czymś ważnym i wyjątkowym. Posłuchajcie, nie pożałujecie. Ocena: 9/10.

asap

Reklamy

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Listy Gości

listy gosciListy Gości po raz pierwszy na łamach bloga pojawiły się rok temu. Wtedy mieliśmy okazję przejrzeć podsumowujące rankingi od Izy Lach, Michała Stambulskiego z Microexpressions oraz chłopaków z The Kurws. Tym razem swoje podsumowania zamieściło więcej rodzimych artystów. Zapraszam do lektury.

wiraszko

Michał Wiraszko – wokalista i lider zespołu Muchy

Ze względu na muzykę, postawę artystyczną, atmosferę, koncerty, przekaz, teksty, okładkę nerw lub polot w 2012 słuchałem tych właśnie płyt. Siedemnaście mgnień mijającego roku w porządku alfabetycznym.

Afrokolektyw – „Piosenki po polsku”
Bob Dylan – „Tempest”
Bat for Lashes – „The Haunted Man”
Beach House – „Bloom”
Bob Dylan – „Tempest”
Grizzly Bear „Shields”
Hey – „Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan”
Paul Kalkbrenner – „Guten tag”
Kamp! – „Kamp!”
Kim Nowak – „Wilk”
Magnificent Muttley – „Magnificent Muttley”
Skubas – „Wilczełyko”
Smoke & Jackal – „EP1”
Tame Impala – „Lonerism”
Twin Shadow – „Confess”
Jessie Ware – „Devotion”
ZZ Top – „La Futura”

turnipfarm

Turnip Farm – Zespół z Wołowa/Bydgoszczy, twórcy jednej z lepszych indie rockowych płyt poprzedniego rocku „The Great Division”.

Marcin Lokś:

Ciężko mi wybrać 10 NAJLEPSZYCH płyt 2012 bo aż tyle nowości nie słucham, wydaje mi się że ten rok był dużo słabszy od poprzedniego jeśli chodzi o płyty.. Po prostu wymienię te płytki z ubiegłego roku, które goszczą często w moim sprzęcie ( kolejność raczej dowolna:):

– Dinosaur Jr. I Bet On Sky – komentarz zbyteczny…
– Godspeed You Black Emperor – Allelujah! Don’t Bend Ascend – drżyjcie narody!!!!
– V/A – Breaking Dawn Part. 2. Wampirza Saga przyzwyczaiła mnie do dobrych składanek, nie inaczej jest tym razem
– Calexico – Algiers, starzy wyjadacze nie składają broni
– Brad- United We Stand, patrz wyżej…
– Neil Young – Psychedelic Pills… bo tak by wypadało:)

+ sporo polskich fajnych rzeczy:
– Plum – Emergence – niezmierzone pokłady pomysłów – tym razem przekutych na bardziej melodyjne niż zwykle ostre hity
– Hard To Breathe – Grey Sky Above Our Eyes 7″Ep – jak czad to czad!
– Upside Down – Aperitif – po staremu, ale grają kali- punka najlepiej w kraju, fajne texty dla punków po 30-tce:)
– Peter J. Birch – When The Suns Rising… lokalnie a globalnie!

Tomala:

1. Converge ‚All We Love We Leave Behind’
2. Jessie Ware ‚Devotion’
3. GSYBE ‚Allelujah! Don’t Bend!Ascend!’
4. Bruce Springsteen ‚Wrecking Ball’
5. Jack White ‚Blunderbuss’

plum_nrd

Plum – rockowy band z Poznania stworzony przez braci Piekoszewskich. Twórcy zeszłorocznej płyty „Emergence”.

Rafał Piekoszewski:

  • Rocket Juice & the Moon
  • Fucked Up – Year Of The Tiger
  • My Best Fiend – In Ghostlike Fading
  • Spiritualized – Sweet Heart Sweet Light
  • Liars – WIXIW
  • The Mars Volta -¦ Noctourniquet
  • The Flaming Lips – The Flaming Lips and Heady Fwends
  • Dirty Projectors – Swing Lo Magellan
  • Can – The Lost Tapes Box Set
  • Flea – Helen Burns
  • Speech Debelle – Freedom Of Speech
  • Thee Oh Sees – Putrifiers II
  • Swans – The Seer
  • Tame Impala – Lonerism
  • Lightning Bolt – Oblivion Hunter
  • Sic Alps – Sic Alps
  • The Bad Plus- Made Possible
  • Flying Lotus – Until The Quiet Comes
  • The Gaslamp Killer – Breakthrough
  • Homeboy Sandman – First of a Living Breed
  • Jon Mueller – Death Blues
  • Turnip Farm – The Great Division
  • Chilly Gonzales – Solo Piano II

Marcin Piekoszewski:

  1. Cornelius – CM4
  2. Tame Impala – Lonerism
  3. David Byrne & St. Vincent – Love this Giant
  4. Flying Lotus –Until the Quiet Comes
  5. Flea – Helen Burns
  6. Chilly Gonzales –Solo Piano II
  7. Cat Power – Sun

gównoGówno – Zeszłoroczne punkowe objawienie, twórcy nowego gatunku muzycznego – rodeo punk oraz autorzy płyty „Czarne Rodeo”.

Adam Witkowski:

Przy próbie skonstruowania tego zestawienia, okazało się jak niewiele czasu miałem ostatnio na słuchanie muzyki. Początek 2012 upłynął mi na miksowaniu płyty zespołu Gówno – Czarne Rodeo. Następnie płynnie wszedłem w etap przygotowywanie demówek do drugiej płyty Trupa Trupa, którą właśnie nagrywamy. Zabrałem się też do pracy nad własnym albumem, czyli drugą płytą 0404 oraz realizację kawałków zespołu Towary Zastępcze. Przy pracy z dźwiękiem jestem zazwyczaj tak skupionym, że najchętniej odpoczywa się w ciszy.

Nowości które pojawiły się w mojej domowej kolekcji, zostały nagrane i przyniesione przez przyjaciół. Dwie z nich zrobiły na mnie tak ogromne wrażenie, że bez wahania chciałbym je tu wymienić. Pierwsza, to płyta Konrada Smoleńskiego i Daniela Szweda czyli BNNT. Zostałem totalnie porażony tą produkcją. Pięknie, pełnie i za razem brutalnie brzmiący album. Utwory wspaniale rozmieszczone na długości całej płyty, stanowią właściwie monolit. Wszystko się na tym albumie zgadza! Do wartości muzycznych dochodzi jeszcze okładka, której nie sposób przegapić w stosie obrzydliwych, połyskujących digi-packów. W ogóle, cała warstwa wizualna BNNT, nie tylko okładka, wybrzmiewa wraz z dźwiękami emitowanymi przez chłopaków. Nie chciałbym być w ich skórze, bo przekroczenie tak dojrzałego i dopracowanego dzieła będzie niezwykle trudne.

Kolejną produkcją, na jaką chciałbym zwrócić uwagę, jest kaseta zespołu Pustostany opublikowana przez bardzo interesujące wydawnictwo Oficyna Biedota. Materiał zawarty na tej bardzo krótkiej taśmie, swoim brzmieniem mogłaby doprowadzić do zawału serca Petera Gabriela. Wszystko tu burczy, brzęczy i ledwo co stroi. Odwrotnie jak w przypadku BNNT, czuję pewien niedosyt i czekam na kolejne plony ich działalności. Mam tylko nadzieję, że Maćkowi Salamonowi, który jest wokalistą Pustostanów, starczy czasu i nie zaniedba pracy w Gównie.

Maciej Salamon:

Zorientowałem się, że nie słucham i nie śledzę nowości. Większość albumów, które odkryłem, dostałem lub ktoś mi je puścił, zostały nagrane wcześniej. Rok 2012 spędziłem słuchając Blood Presure – The Kills (2011), Let England Shake – PJ Harvey (też 2011) The King of Limbs – Radiohead (ponownie 2011), albumów zespołu Shellack (lata 90) oraz większości płyt Sonic Youth. Jedna z niewielu nowych produkcji, która sprawiła, że dostałem ciarek, a do tego jeszcze zespół pochodzi z Polski to Gdzieś w Europie zespołu Wszaniec. Rzadko kiedy powala mnie muzyka z kraju nad Wisłą. To jest jedna z tych pozycji, którą po odsłuchaniu puszczam jeszcze raz i znowu i jeszcze raz. Nie rozumiem o czym śpiewają i w ogóle mi to nie przeszkadza. Solidna dawka punk rocka w najlepszym wydaniu.

Następnym dowodem na to, że w Polsce można nagrywać fajną muzykę jest album BNNT. Po pierwszym odsłuchu poczułem się jakby przejechał po mnie walec, co jest chyba najlepsza rekomendacją. Następnie, ten walec jeździł po mnie wielokrotnie i za każdym razem myślałem sobie: „O kurwa! Ale to jest dobre!”. I do tego, co już naprawdę rzadkie – „Jakie ładne!” – mam na myśli okładko-książke, w którą zapakowana jest płyta.

Marcin Bober:

Daleki jestem od numerowania, wkładania do szufladek i wykonywania innych zabiegów które wprowadzają biurokratyczne maniery. Nie będę wyłaniał zwycięzcy, ganił ani nobilitował. Tak się składa że jestem bardzo regresywnym melomanem, a może i wręcz muzycznym archeologiem. Nie śledzę nowości. Od czasu do czasu jednak sięgam po nowe wydawnictwa, w których odnajduję cenione przeze mnie „retro geny”. Jednym z takich właśnie albumów jest wspaniały, dwupłytowy album grupy OM – Advaitic Songs. Nie będę opisywał zawartości muzycznej Advaitic Songs, ponieważ cytując klasyka – „rozmawianie o muzyce, to jak tańczenie o architekturze”. Polecę ją po prostu wszystkim tym którzy lubią wolno i głęboko. Drugą płytą, którą z miejsca bardzo polubiłem jest debiut polskiego zespołu The Abstinents – Punk Not Drunk. To naładowany po brzegi akumulator, z którego czerpię energię do rozruchu w ciemne zimowe poranki.

Tomek Paluczuk:

Nie wszystkie najważniejsze dla mnie płyty minionego roku zostały w nim wydane. Jest to więc raczej lista wydawnictw najczęściej przeze mnie słuchanych lub takich, które wywarły na mnie największe wrażenie. Ogromny respekt wzbudziła we mnie płyta polskiego duetu BNNT, która zarówno realizacyjnie i wydawniczo jest bardzo blisko czegoś, co w tej dziedzinie mógłbym określić moim ideałem.

Z towarów importowanych „robiłem głośniej” głównie przy psychodelicznych produkcjach rodem z Austalii i Nowej Zelandii. Głównie Tame Impala, którzy wydali w zeszłym roku bardzo dobrą płytę Lonerism, nie przebijając jednak, w mojej opinii, swojej wcześniejszej Innerspeaker, której słuchałem zdecydowanie częściej. Druga postać z ciepłych krajów to Connan Mockashin, którego w dodatku, obok wielu innych dobrych koncertów, mogłem zobaczyć i posłuchać na żywo na tegorocznym Off Festiwalu.

Na koniec trochę z kategorii muzyki relaksacyjnej. Wschody i zachody słońca w hamaku i leżaku najprzyjemniej oglądało mi się przy Chromatics – Kill for love, Metronomy – English riviera i Blood Orange – Coastal groove.

Piotr Kaliński:

Robiłem już podsumowania dla kilku portali, postanowiłem tym razem zaproponować coś od siebie, czyli dwa przykłady mej solowej twórczości z roku 2012. Pierwszy – Hatti Vatti Palms został wydany na pięknym przeźroczystym winylu, drugi Fidser – Activate (Hatti Vatti remix) w formie cyfrowej. Oba utwory to inspiracja brzmieniami z początków lat 80tych (np. Vangelis i jego Blade Runner) oraz najnowszą karnacją basowych brzmień elektronicznych, znanych pod dwoma nazwami – juke lub footwork (DJ Rashad lub składanka Planet Mu „Bangs & Works”). Czyli niekończące się arpeggiatory, sample z murzynów, wiadro reverbu  i 160 uderzeń na minutę.

pawelszupilukrentonPaweł Szupiluk – gitarzysta zespołu Renton

Poniżej 15 moich ulubionych piosenek z 2012. Nie wiem czy są to najlepsze utwory poprzedniego roku,  ale wpadły mi one w ucho na tyle że słuchałem ich wielokrotnie i zapamiętałem. Kolejność nie ma znaczenia,  a wygląda to tak:

Major Lazer – ‚Get Free’ feat. Amber. Eteryczność, minimalizm,  bujający jamajski groove i piękna, tęskna melodia; można się rozpłynąć.

Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Mature Themes. Ariel Pink wydał bardzo dobrą płytę w zeszłym roku, a ja z tej płyty najczęściej słuchałem tytułowego utworu. Bardzo ładna, popowa, beatlesowska kompozycja, chętnie bym jej słuchał w radiu przed południem.

Bat for lashes – Laura. Dawno nie słyszałem tak emocjonalnego utworu. Uwielbiam tu  minimalizm w podkładzie, przejmujący głos Natashy,  piękne akcenty na fortepianie i trąby w refrenie.

Jassie Ware – Wildest Moment. Z londyńskiego undergroundowego światka do głównego obiegu – u nas ten numer grało nawet radio zet; można tylko przyklasnąć bo to piękna piosenka jest.

Solonge – Losing You. Chyba mój ulubiony mainstreamowy popowy numer z zeszłego roku. Świetna produkcja,  z jednej strony chłodna i minimalna a jednak  emocjonalna, niby retro sznyt ale w nowoczesnym wydaniu, piękne synthy,  do tego wokal i melodia która zostaje na długo w głowie.

Tame Impala – Feels Like We Only Go Backwards. Psychodeliczny lot rodem z Pink Floyd z czasów Sida Baretta;  zapodaje LSD i tańczę w euforycznym uniesieniu.

St. Lucia – Before The Dive. St. Lucia to taka gorąca wyspa na Karaibach. Chętnie bym się tam wybrał, zwłaszcza teraz kiedy u nas śnieg, mróz i zimny wiatr…ale póki co zostaje mi słuchanie tego numeru i też jest miło.

Foxygen – Make It Know. Kolejna propozycja z Nowego Yorku. Młody band, jeszcze przed debiutem płytowym. Jak to powiedział mój kolega:  „słychać kawał historii muzy: stonesów, beatlesów…”,  dodałbym jeszcze do tego starego Lou Reeda. Dużo się dzieje w warstwie harmonicznej i rytmicznej… a jaki refren!

Frank Ocean, ‚Thinkin Bout You’. Nie mogło zabraknąć Pana Franka Oceana. Mówią że to nowy Steve Wonder, ja tam nie wiem, ale ten numer podoba mi sie bardzo. Minimalizm i  oszczędne środki ale pierwszorzędny feeling i emocje, to lubię.

Jai Paul – Jasmine. Futurystyczne r&b.  Duszna, ciemna produkcja, z motorycznym jednostajnym basowym groovem,  a w tym wszystkim jasne promyki melodii.

Chrome Sparks- Send The Pain On. Kojąca zmysły, elegancka elektronika; młodzik z Brooklynu zręcznie tka tu chill-outowe melodie i upliftingowe arpegia, polecam też inne jego tracki, nie ma lipy.

Cat Power – Ruin. Sam nie wiem czemu podoba mi się ten numer, może to ta chwytliwa melodia w refrenie, a może surowe zagrywki na gitarze, a może fajny motyw pianina, a może marszowe strzały na werblu w refrenie?

rzepkaOla Rzepka – perkusista w zespołach: Drekoty, Alte Zachem, Wovoka

Rok 2012 niemal w całości pochłonęło nagrywanie płyt, głównie Persentyny, debiutu Drekotów, ale też AlteZachen, Wovoki czy Graala. W efekcie tego, ale w pewnym sensie także ze świadomego wyboru, do minimum ograniczyłam słuchanie innej muzyki. Patrząc na różne podsumowania roku dochodzę do wniosku, że sporo mnie ominęło i sporo mam do nadrobienia. To co obiło mi się o uszy to np. Grimes, głównie ze względu na klip do Genesis, chyba najlepszy klip 2012.

Jak co roku wydarzeniem roku jest dla mnie festiwal Music Unlimited w Wels – dawka muzyki,  którą odbieram tam przez 3 dni jest jak zapas jedzenia na 12 miesięcy. Nazwy, z którymi wróciłam stamtąd w tym roku to The DartingtonImprovising Trio – zespół z innej, niesamowitej epoki, Selvhenter –duński kwartet żeński z dwiema perkusistkami, saksofonistką i puzonistką, która wydaje z tego instrumentu brzmienie przesterowanej gitary – chyba więcej już nie musze wyjaśniać? Najbardziej jednak zapamiętam występ legendarnegoHanaBenninka, 70-letniego holenderskiego perkusisty, który wykonał one man show grając jedynie na werblu, podłodze, swoich butach i czasem też swojej twarzy. Myślę, że dla muzyków, którzy ograniczają się np. do siedzenia przed laptopem, powinna to być lekcja obowiązkowa jeśli chodzi o ekspresję wykonawczą muzyki.

Słowo od autora bloga:

Dziękuje wszystkim, którzy poświęcili swój cenny czas na krótki powrót do przeszłości. Życzę sukcesów w 2013, również takich o których będę mógł pisać na blogu. Być może za roku znowu się odezwę 😉

 

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Albumy

albumyOstatnia część mojego podsumowania to lista 10 najlepszych płyt, które z najmilszą chęcią słuchałem w 2012 roku. W tegorocznym podsumowaniu syntezatory, sample i mikrofon były górą nad gitarami. By nie przedłużać – zaczynamy!

killer-mike10. Killer Mike – R.A.P. Music. Killer Mike, koleś z Atlanty nagrał w zeszłym roku jedną z lepszych płyt hip-hopowych. „R.A.P. Music” być może nie jest tak milowym i ważnym dziełem jak „good kid m.A.A.D city” Kendricka Lamara, ale z całą pewnością jest to ciekawa pozycja. Kawał dobrej czarnej muzy, który powinien zaciekawić nie tylko znawców tematu. Od pozostałych hip-hopowych dzieł wyróżnia ją charyzma, która po kilku latach rapowania udzieliła się Killer Mike’owi. Poza tym świetne beaty, zwłaszcza w „Don’t Die” czy też „Anywhere But Here”. Oczywiście są tutaj słabsze momenty, które psują odbiór całości – między innymi toporny „Butane (Champion’s Anthem)”. Poza tym w jakiś sposób stajemy po stronie Killer Mike’a i zgadzamy się z jego tokiem myślenia. Mimo, że teksty nie zawsze stanowią mocny punkt to genialność niektórych zwrotek sprawia, że przybijamy piątkę Mike’owi i kiwamy głową dalej.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

fiona-apple-the-idler-wheel9. Fiona Apple – The Idler Wheel Is Wiser Than The Driver Of The Screw & Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do. Najmocniej hajpowana płyta na zachodzie zeszłego roku, w Polsce natomiast trochę jakby mniej było o niej słychać. A szkoda. Bo Fiona Apple na „The Idler Wheel Is…” stworzyła bardzo emocjonujący klimat. Słowo „Emocje” to słowo klucz w przypadku tracków zawartych na tym albumie. Głos Fiony Apple, teksty i melodie są momentami mocno wzruszające i chwytające za serducho. Nie chce wyjść na mazgaja co to płacze przy słuchaniu płyt, ALE to kapitalna płyta jest. Wsłuchajcie się w takie piosenki jak „Werewolf” czy też „Jonathan” a zrozumiecie o co mi chodzi. No a poza tym sama Fiona Apple ma bardzo ładny głos <git>.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Chromatics-Kill-for-Love-e13327744494438. Chromatics – Kill For Love. Chromatics powrócili w bardzo dobrym stylu. „Kill For Love” to zdecydowanie najlepsza rzecz z elektroniki jaką słyszałem w poprzednim roku (krytyka: słuchałem mało elektroniki, ale co tam). Najlepsze w tym wszystkim jest TO, że sukces tej płyty osiągnęli w standardowy sposób sięgając po sprawdzone sztuczki z poprzednich płyt. W porównaniu do takiego „Night Drive” to już na sam widok tracklisty widać podobieństwa (również zapodali ponad 15-minutowego potwora). Ta płyt jest mocno chromatiksowa, zespół wypracował swój własny styl i się go trzyma. Na razie pomysł ten sprawdza się, ja to kupuje. „Kill For Love” to album mocno hipnotyczny, utwory typu „Lady” zachwycają swoją transową psychodelią. Muszę także wspomnieć, że w moim przypadku im dłużej tej płyty słuchałem to tym bardziej mi się podobała. W kwietniu była dla mnie umiarkowanie dobra, obecnie jest na tyle dobra, że znalazła się na liście najlepszych płyt (do ostatniej chwili się zastanawiałem, czy nie wcisnąć tutaj Twin Shadow’a?)

posłuchaj / przeczytaj recenzje

grizzly-bear-shields7. Grizzly Bear – Shields. Grizzly Bear to sprawdzona marka, już przed puszczeniem „Shields” wiedziałem jak będzie. Bez zaskoczenia podczas recenzowania tego albumu mówiłem o pewnej kolejności rzeczy. Ta płyta jest naturalnym następstwem „Veckatimest”. Album z 2009 wciąż mi się podoba i czasem do niego wracam, dlatego też nie było żadnego powodu by najnowszy krążek mi się nie spodobał. „Shields” i „Veckatimest” to płyty w zasadzie podobne. Różnice tkwią w szczegółach, zespół wciąż wykorzystuje swoje sprawdzone techniki do tworzenia magicznego folku. Jest mniej singlowo, ale to bardzo dobry materiał. W dobie zalewu folkiem i alternatywą (nawet w mainstreamie!) na jedno kopyto, nudnym, marnym i w moim przypadku cholernie denerwującym, Nowojorczycy mają swoje stałe miejsce na muzycznej mapie świata.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Jessie-Ware-Devotion6. Jessie Ware – Devotion. Zakochałem się w tym materiale od pierwszego razu. Jessie Ware, którą wcześniej można było usłyszeć w piosenkach SBTRKT nagrała świetny debiutancki album. Sukces tej płyty tkwi w niesamowitym klimacie zadymionego jazzowego klubu, bogatego brzmienia (posłuchajcie tych piosenek w słuchawkach!), ciekawego głosu Panny Ware oraz przebojowości singli, które podbiły najbardziej komercyjne stacje radiowe. Trudno oprzeć się urokowi „Wildestm Moments”, zadziorności „Running” czy też chwytliwości „110%”. „Devotion” to zdecydowanie najlepsza popowa rzecz poprzedniego roku i również zdecydowanie najlepsza brytyjska płyta. W Polsce „Devotion” Jessie Ware zostało bardzo ciepło przyjęte i pokryło się platyną, Brytyjska wokalistka odwiedzi nasz kraj po raz kolejny na wiosnę. Czekamy z niecierpliwością.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Cloud-Nothings-Attack-on-Memory5. Cloud Nothings – Attack On Memory. Natomiast „Attack On Memory”  to najlepsza rzecz z gatunku indie rocka, której słuchałem w poprzednim roku. O ile można mówić tutaj o indie rocku, bo zespołowi z Cleavlend w stanie Ohio bliżej do punk rocka czy też hardcore’u. Cloud Nothings nagrało kapitalną, energiczną płytę. Słychać tutaj inspiracje Trail of Dead – mistrzów hardkorowego indie. W szczególności zachwycił mnie rozbudowany, epicki „Wasted Days”, który sprawił, że poczułem się jak 17-latek. Kapitalnie słucha się również takich piosenek jak „Our Plans” czy też „Stay Useless”. Reszta utworów to nie ułomki, całość prezentuje się obficie. Ta płyta oczywiście nie wnosi nic nowego do gatunku, ale w dobry sposób podsumowuje wcześniejsze dokonania i dostarcza wiele rozrywki podczas słuchania. Czekam teraz na jakiś koncert, mam nadzieję, że zaklepie ich Artur Rojek na tegoroczną edycje Off Festiwalu.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

miguel4. Miguel – Kaleidoscope Dream. Miguel, czyli Prince XXI wieku. Tak o nim pisałem podczas recenzowania „Kaleidoscope Dream”. Zdania nie zmieniłem i do tej pory słucham tego krążka z wypiekami na twarzy. Jest to mocno precyzyjna, świetnie dopieszczona pod każdym względem płyta. Miguel i jego nieziemski głos stanowi oczywiście tutaj najważniejsze, centralne miejsce. Poza tym naszą uwagę zwracają kapitalne wstawki gitarowe, takie jak w „Use Me” czy też „Gravity”. „Kaleidoscope Dream” to spora dawka świeżego powietrza dla współczesnej muzyki rozrywkowej. Troszkę tej płycie zabrakło by załapać na podium. Jednak polecam ją szczerze każdemu, idealna propozycja na tło do romantycznego spotkania z dziewczyną. Nawet jeżeli teksty są czasami gorzkie to gwarantuje wam nie powtarzalne przeżycia. Taki jest Miguel.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

lonerism tame impala3. Tame Impala – Lonerism. Zdecydowanie najlepsza gitarowa płyta zeszłego roku. Australijski zespół na „Lonerism” przywołał dawnego ducha lat 60. Odwołując się do twórczości The Beatles, The Doors czy też Led Zeppelin nagrali materiał pełen psychodelicznych, zakręconych i kolorowych dźwięków. Panuje tutaj mocno narkotyczny nastrój dopieszczony lekkim sentymentalnym spojrzeniem na amerykańskie plaże z przełomu lat 60. i 70. Plusem albumu jest wyeksponowana perkusja oraz kapitalne klawisze i wszelkie synthowe brzmienia, które powodują, że całość jest odbierana przeze mnie ciepło i przyjemnie. Ta płyta wchodzi do głowy z taką samą łatwością jak zimne żuberki w letni, upalny dzień. Mimo, że chłopaki z Tame Impala co prawda nie wymyślają niczego nowego to i tak chętnie będę wracał do tej płyty.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Frank-Ocean-Channel-Orange2. Frank Ocean – channel ORANGE. Nikt tak bardzo nie umilił mi wakacji jak Frank Ocean ze swoim wiekopomnym „channel ORANGE”. Co prawda byłaby to płyta roku, gdyby nie Kendrick Lamar, ale w wielu innych rankingach została uznana za numer one. Frank Ocean już od jakiegoś czasu dawał sygnały, że posiada nie lada talent. Szło go było usłyszeć na płytach Kanye Westa czy The Throne (K. West z Jay-Z), poza tym już na poprzednim mixtapie zdradzał pierwsze oznaki zajebistości. Wszystko to zostało oficjalne potwierdzone na „channel ORANGE’, które w pewnym sensie podsumowuje cały dorobek muzyki R’n’B. By oddać esencję tej płyty zacytuje samego siebie: „Mowa tutaj o świetnie wyważonym popie, który wciąga, chce się go nucić pod nosem, słuchać rano, w środku dnia i późnym wieczorem”. Na koniec jeszcze dodam, że Frank Ocean wcale nie musiał się odkrywać ze swoją prawdziwą naturą. Muzyka zawsze sama się obroni.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

kendrick-lamar-good-kid-maad-city-cover1. Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.D city. Dla wielu to Frank Ocean nagrał płytę roku. Dla mnie też „channel ORAGNE” był do pewnego momentu albumem roku. Do czasu, gdy usłyszałem „good kid, m.A.A.D city” Kendricka Lamara. Młody raper, który pochodzi z Compton! nagrał album życia. Do tej pory zachwycam się efekciarskim sposobem rzucania słów przez Kendricka, zajebistymi podkładami oraz kapitalnymi singlami. Lamar postanowił na albumie przedstawić dzień z życia w Compton. Jest to płyta naszpikowany wieloma odniesieniami i skojarzeniami. Najbardziej widoczne (a raczej słyszalne) są odnośniki do wiary i religii, w końcu cały album rozpoczyna się od modlitwy, która kontynuowana jest również dalej. Dzięki „good kid, m.A.A.D city” Kendrick Lamar na stałe wpisał się do kanonu muzyki hip-hopowej i nie tylko, bo płyta powinna się spodobać każdemu. Można przy niej się dobrze bawić, ale również wsłuchiwać w szczere opowieści Kendricka, który między innymi spowiada się ze swojego problemu z alkoholem. Na koniec warto również wspomnieć o ciekawych gościach, którzy pojawiają się na płycie – Dr. Dre czy też Drake.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Single

singleTo był mocny rok. Sporo dobrego hip-hopu, melodyjnego popu i wciągającego indie. Było w czym wybierać. Oto lista 20 najlepszych singli poprzednich dwunastu miesięcy.

20. Beach House – Myth. Opener płyty „Bloom” to jedyny moment kiedy otwierałem gębę z podziwu a nie dlatego, że musiałem ziewnąć. Ten chopsky wokal Victori Legrand nawet tak nie drażni a moment kiedy wchodzą bębny – palce lizać.

Posłuchaj

19. Solange – Losing You. Dzięki tej piosence wakacje trwają 12 miesięcy w roku. Nie ma co się dziwić to w końcu siostra samej Beyonce. Po tym fajnym utworze zaczynam się zastanawiać ile jeszcze utalentowanych sióstr ma żona Jay-Z?

Posłuchaj

18. Cloud Nothings – Stay Usless. Wystarczy wsłuchać się w brzmienie hi-hata by pojąć zajebistość tego kawałka. Poza tym tekst! Taki prosty, a taki wymowny. Kapitalna piosenka.

Posłuchaj

17. Kendrick Lamar – Backseat Freestyle. Ej no ta piosenka ma rewelacyjny podkład. Ten beat wprawia w ruchy najtłustsze murzyńskie tyłki. Co do nawijki Kendricka Lamara, to koleś zadziwia na każdym utworze „good kid, m.A.A.D. city” i nie inaczej jest tym razem. Biyaaaaaaaaaaatch, go play.

Posłuchaj

16. Chromatics – Lady. „Kill For Love” w zasadzie jest pełne takich rozciągniętych, elektronicznych utworów. Dlaczego właśnie ten? Jego niepowtarzalny klimat i nastrój zapadł mi najbardziej w pamięci, poza tym nie wyobrażam sobie obecnie jazdy nocą autem bez tej piosenki.

Posłuchaj

15. Japandroids – The House That Heaven Built. Najlepszy i najenergiczniejszy utwór na „Celebration Rock”. Kapitalna gitara buduje cały ten utwór od początku do końca. Dobry rock z kopnięciem, najlepiej spożywa się w upalne dni.

Posłuchaj

14. Memoryhouse – Little Expressionless Animals. Opener z najlepszej dream-popowej płyty zeszłego roku. Ładny wokal Denise Nouvion, ładne chórki, ładna linia melodyczna i sporo patosu. I co najważniejsze wcale nie nudzi. Idealna propozycja na deszczowe popołudnia.

Posłuchaj

13. Danny Brown – Grown Up. Danny Brown to oryginalny typek z Detroit. Nie jest jak większość raperów ze Stanów (ogarnijcie jego fryzurę), ale i też nie jest jakimś dziwadłem. Jego singiel z poprzedniego roku „Grown Up” to fajna i momentami zabawna podróż przez okres dojrzewania/dorastania. Co prawda krótka bo trwa troszkę ponad dwie minuty, ale jest w niej wszystko. Fajny hook, beat no i efektowna nawijka samego Danny’ego Browna plus kapitalny teledysk.

Posłuchaj

12. AlunaGeorge – Your Drums, Your Love. Londyński duet Aluny Francis i George’a Reida działa już od 2009 roku, jednak dopiero teraz udało im się zaistnieć na większą skalę. Wszystko dzięki fajnemu, radiowemu singlowi „Your Drums, Your Love”. Piosenka jest przyjemna w odbiorze i czuć w niej ogromny powiew świeżości. Zdecydowanie czekam na debiutancki album, który ma ukazać się w tym roku. Prognozy są dobre, mają sprzyjające wiatry.

Posłuchaj

11. Guilletmots – Up On the Ride. Najmocniejszy i jedyny jasny punkt na płycie „Hello Land!”. Co tak mnie zachwyciło w „Up On The Ride”? Skumajcie, że słuchanie tego utworu przypadło na okres kiedy wiosna wkroczyła z buta na moją dzielnię. Ptaszki śpiewały, słońce grzało, ludzie jakby bardziej radośni. Ta piosenka taka jest – radosna. I nawet kiedy teraz jej słucham (za oknem minus 10) to jakby troszkę cieplej się robi. Poza tym lubię taką prostotę, ten utwór pod żadnym względem nie jest przekombinowany. Dobry indie-pop.

Posłuchaj

10. Miguel – Don’t Look Back. Nieoczekiwany zwrot akcji następuje na „Kaleidoscope Dream”, gdy do ataku następuje drugi track z płyty „Don’t Look Back”. Hook goni hook, dobre zwrotki Miguela i mocno wyeksponowana perkusja. Jest tu sporo polotu i aspiracji na radiowe listy przebojów. Atrakcyjność tego utworu tkwi w genialnym głosie Miguela i luzackich synthach. Poza tym taką samą nazwę ma pewien zajebisty horror z lat 70. Ogarnijcie i film, i piosenkę. Yo.

Posłuchaj

9. Sky Ferreira – Everything is Emberassing. To być może najlepsza piosenka Sky. Młoda piosenkarka póki co nie wydała jeszcze pełnego albumu, ale co jakiś czas raczy nas fajnymi EP-kami. „Ghost-EP” było całkiem wporzo, ale tylko „Everything is Emberassing” był tym CZYMŚ. Czuje, że Sky Ferreira tą piosenką w końcu znalazła dla siebie sposób i swoje miejsce. Trzymam kciuki i czekam na debiutancki longplej pełen tak świetnych piosenek jak ta!

Posłuchaj

8. Brodka – Dancing Schoes (Kamp! remix). Po pierwsza to nie jest zwykły remix jakie znamy z internetu czy też dyskotekowych zabaw z kiepskimi dejotami. Chłopaki z Kamp! sprawili, że to zupełnie inna, LEPSZA od oryginału piosenka. Żadne tępe łupanie, co to, to NIE! „Dancing Schoes” jest parkietowym napierdelaczem, ale również fajną radiową piosenką, której mogę słuchać bez końca. Jakiś czas temu z resztą pisałem o niej w mojej liście wakacyjnych utworów. Jeżeli nie pojawi się żaden nowy remix od Kamp! to z pewnością i kolejne wakacje spędzę przy tym utworze.

Posłuchaj

7. Cloud Nothings – Wasted Days. Piosenka chłopaków z Cleveland to istna miazga. Prawie 9 (słownie: dziewięć!) minut rocka totalnego. Ja wiem, że indie rock jest faux pas i wszyscy teraz zasłuchują się elektroniką, popem, r’n’b a najlepiej wszystkim w jednym. Jednak słuchając „Wasted Days” przypominam sobie stare, dobre czasy kiedy miało się tylko pół mózgu i nie zastanawiało się nad tym co dzisiaj wieczorem poleci w tv. Nie myślało się też wtedy czy te skarpetki pasują do tych spodni i o tym, że cholera jasna jutro trzeba o 5:15 rano wstać. W zasadzie to nie wiele się myślało a sporo robiło. Przy tej piosence odmładzam się o kilka lat. Natomiast co do kwestii technicznych to „Wasted Days” jest jak 3 aktowa sztuka teatralna. Początek dość mocny, z fajnym riffem. Dalej psychodeliczne przejście, zabawa z dźwiękiem i kapitalna improwizacja. A końcówka to już totalny wybuch, godzina 12:00 w sylwestrową noc a nawet lepiej.

Posłuchaj

6. Grimes – Oblivion. Kosmiczna piosenka, kosmicznej artystki. Zaczyna się dość niepozornie, brzmiąc jak jakieś podrzędne amatorskie electronic-disco. Jednak im dalej to tym ciekawiej. Robi się na prawdę psychodelicznie. No i te nieśmiałe „lalala”. Ktoś napisał, że ta piosenka jest taka jak teledysk do niej. Sporo w tym prawdy a sam „Oblivion” to kapitalny utwór do posłuchania i potańczenia. Sama Kanadyjka ma w sobie sporo sprzeczności, jednak ma też to „coś” co sprawia, że chcemy ją wysłuchać. No i słuchamy.

Posłuchaj

5. Jessie Ware – Wildest Moments. Jessie Ware to jedno z odkryć brytyjskiego popu. Jej „Wildest Moment” pogodziło fanów alternatywy z zwykłymi radiowymi słuchaczami. Prosta melodia klawiszowa z wyeksponowanymi bębnami dała dobre tło do charakterystycznego głosu Panny Ware. Taki pop jest w cenie. Dokonała rzeczy raczej rzadko spotykanej. Połączyła niezależność twórczą z sukcesem komercyjnym. Dla mnie to ogromny plus, gdyż troszkę mniej cierpię gdy słyszę RMF FM w pracy.

Posłuchaj

4. Kendrick Lamar – Swimming Pools (Drank). Kapitalny utwór o problemie z alkoholem. Przemawiające sumienie, odniesienia do wiary, wspomnienia, basen pełen alkoholu i dziewczyny bawiące się w słoneczny patrol.  To wszystko w jednej piosence. Kendrick przyznaje się, że był w ciemnym pokoju. „Swimming Pools (Drank)” to oczywiście tylko część historii zawartej na „Good kid m.A.A.D. city”, jednak zasługujący na wyróżnienie ze względu na brzmienie i to jak Kendrick Lamar rapuje. To jak ten Koleś układa poszczególne zwrotki to coś niesamowitego. Takiego hip-hopu trzeba ludziom.

Posłuchaj

3. Miguel – Adorn. Opener „Kaleidoscope Dream” stanowi esencję współczesnego r’n’b. Miguel ma kapitalny głos i feeling. Słychać tutaj sporo odniesień do starszych kolegów po fachu jak i sporo nowego spojrzenia na r’n’b. Co prawda MJ nie żyje, ale pozostała jakaś jego część w tej piosence. Poza tym podczas recenzji jego płyty pisałem o tym, że o to narodził się nowy Prince. Trudno się nie zakochać, gdy Miguel śpiewa: „You just gotta let my love”. Podkład też niczego sobie, ale to Miguel tutaj jest najważniejszy.

Posłuchaj

2. Frank Ocean – Pyramids. „Pyramids” to ponad 9 minutowy majstersztyk. Utwór ten składa się jakby z dwóch mniejszych. Pierwsza część zachwyca nas kapitalnymi synthami i wejściem z okolic 3:52. W drugiej dźwięki mniej nas atakują, robi się bardziej przejrzyście. Mamy tutaj brzdąkającą trąbkę gdzieś w tle a pod koniec pojawiają się nam rozciągnięte gitarowe wstawki. Tworzy to ciekawy klimat utworu. To jest tak jakby byśmy słyszeli echo pierwszych pięciu minut „Pyramids”. Całość brzmi kapitalnie i jest najmocniejszym punktem „channel ORANGE”. Singiel ten bije na głowę wszystko co do tej pory nagrał Kanye West. Serio.

Posłuchaj

1. Iza Lach feat. Snoop Dogg – Lost in Translation. Rok 2012 należał do niej. Na wyjątkowości i talencie młodej łodzianki poznał się sam Snoop Dogg, który nagrał z nią tyle materiału, że przez kilka następnych wakacji będziemy mieli się do czego bujać. Na szczęście sława nie uderzyła jej do głowy, pozostała wciąż tą samą skromną i uroczą osobą. To słychać w tej piosence. „OFF THE WIRE” miał różne momenty, najlepszym z pewnością jest ten utwór, gdzie Iza śpiewa w dwóch językach. Przy pierwszej zwrotce są ciary. Snoop też daje radę. Ze psinką jest ten problem, że zdarza mu się przynudzać. W tym wypadku jest dobrym dopełnieniem Izy. Tak, to on dopełnia Izę a nie na odwrót. Ogarnijcie to.

Posłuchaj

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Wydarzenia

wydarzeniaKolejna część podsumowania całorocznego skupiona na najważniejszych wydarzeniach z poprzedniego roku.

Zacznę od najciekawszych koncertów, które można było zobaczyć w 2012 roku nad Wisłą. Z mojej perspektywy najważniejszym gigiem w którym brałem udział był występ Muse w łódzkiej Atlas Arenie. Brytyjczycy promowali w ten sposób najnowszą płytę „The 2nd Law”. Koncert był sporym przeżyciem pod względem wizualnym i muzycznym, nie zabrakło niczego z czego Muse słyną live. Druga sprawa to Off Festival 2012. Niestety miałem wrażenie, że pod względem line-upu był to jeszcze słabszy festiwal niż rok temu. Tendencja spadkowa? Trudno ocenić, mimo to i tak udało mi się zobaczyć kilka świetnych koncertów takich artystów jak: Battles, Converge, Metronomy, Death in Vegas, Doom czy też Dam-Funk. Dobrze za to radził sobie Opener. Mimo, że bazował na gwiazdach, które „już były” to i tak zazdroszczę tym, którzy mogli zobaczyć M83, Bon Iver, Public Enemy czy też New Order. Warto w tym miejscu odnotować, że część występów można było śledzić przez YouTube’a. Czwartym koncertem godnym wyróżnienia jest występ Coldplay na Stadionie Narodowym. Zespół się trochę wyrobiła a nowe piosenki nawet dają radę, mimo to wciąż tęsknie za „Parachutes”.

Muse-12

Rok 2012 był owocny w liczne powroty. Na początku roku usłyszeliśmy o powrocie hip-hopowej formacji 2 Live Crew. Mocny powrót ze zaświatów zaliczyła legendarna grupa Godspeed You! Black Emperor, która wydała ciekawy album „Allelujah! Don’t Bend! Ascend! „. Swoją działalność wznowili także: At the Drive-In, Grandaddy, The Replacements oraz Run/DMC. Warto także odnotować powrót The Rolling Stones, który w poprzednim roku świętował 5o urodziny. Rok temu pisałem o nowym zespole Micka Jaggera. Wydawało się wtedy, że to koniec Stonesów. Na szczęście wrócili i wydali nowy krążek. Szczęśliwy powrót zaliczył The Beach Boys, wracając do nagrywania piosenek o miłości, słońcu i muzyce. Inaczej natomiast potoczyły się losy takich grup jak: Das Racist (mieli być na offie!), Girls oraz Handsome Furs, które raczej nie nagrają już żadnej nowej piosenki.

izasnoop

Rok 2012 to rok ciekawych kolaboracji. Na początku roku mogliśmy zapoznać się z utworami powstałymi w wyniku połączenia sił Krzysztofa Pendercekiego i Johnny’ego Greenwooda z Radiohead. Natomiast w lato pokazał się album „OFF THE WIRE”, który powstał w efekcie spotkania Izy Lach ze Snoop Doggiem. W tym czasie dowiedzieliśmy się także, że Artu Rojek już nie zaśpiewa razem z chłopakami z Myslovitz. Legenda polskiego rocka znalazła sobie kilka dni później nowego wokalistę w postaci Michała Kowalonka z grupy Snowman.

W 2012 nie doczekaliśmy się wciąż nowej płyty Blur ani Ścianki. Frank Ocean tuż przed premiera swojej płyty „Channel ORANGE” przyznał, że lubi „pedałować” a Brytyjczycy podczas imprezy otwarcia i zamknięcia Olimpiady w Londynie dali kilku godzinny popis swojej kultury. Ważnym wydarzeniem około muzycznym było skazanie zespołu Pussy Riot na karę łagru.  W Polsce natomiast do łask powróciło disco polo za sprawą jednej piosenki – „Ona Tańczy Dla Mnie” grupy Weekend.

adam yauch

Pora zajrzeć do czarnego notesu. W poprzednim roku z życiem pożegnała się Whitney Houston. To kolejna ofiara swojej sławy i bogactwa. Mimo, że nie przesłuchałem żadnej jej całej płyty to i tak szacun za głos z lat 90. Wiosną 2012 roku świat hip-hopu wstrząsnęła wiadomość śmierci członka Beastie Boys – Adama Yaucha. Poza tym do lepszego świata przeszli: Irena Jarocka, Robin Gibb z Bee Gees, Davy Jones i wielu, wielu innych.

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Teledyski

teledyskiKońca świata w poprzednim roku nie było, ale pojawiło się kilka ciekawych teledysków. Tradycyjnie zapraszam do obejrzenia najlepszych klipów z poprzednich 12 miesięcy. Kolejność alfabetyczna.

Brodka – Varsovie

Danny Brown – Grown Up

Drake – HYFR

Crystal Castles – Plague

Jack White – Sixteen Satlines

Kendrick Lamar – Swimming Pools (Drank)

Lana Del Rey – National Anthem

M.I.A. – Bad Girls

Passion Pit – Take a Walk

Wallpaper – Fucking Best Song Everrr

Polish Power – rok 2012 w polskiej muzyce

polish powerJak wyglądał rok 2012 nad Wisłą pod względem muzycznym? Odpowiedź znajdziecie poniżej, gdzie przypomnę wszystkie najważniejsze albumy w muzyce mainstreamowej i alternatywnej.

Rok temu zaczynałem od muzyki gitarowej. W tym nie będzie inaczej. Jeżeli chodzi o płyty ocierające się o muzykę rockową, indie rockową itd. to należy w tym miejscu wspomnieć o kilku ważnych albumach. Po pierwsze o płycie „Emergence”  poznańskiego zespołu Plum. Poznaniacy solidnie odrobili lekcje i nagrali materiał składając hołd gitarom z przełomu lat 80. i 90. Podobnie ma się sprawa z krążkiem grupy Turnip Farm „The Great Division”, gdzie również słyszymy wszelakie wpływy najważniejszych kapel indie rockowych. Indie rocka zaczął również grać Afro Kolektyw. Mimo, że nie każdemu nowa płyta przypadła do gustu to na łamach bloga pisałem, że ta metamorfoza okazała się całkiem udana. „Piosenki po polsku” to przyjemna płyta z fajnymi singlami. Nie należy również zapominać o płycie „White Tones” grupy Minerals, której największą zaleta jest rewelacyjne, zachodnie brzmienie. Poza tym o swoim istnieniu przypomniały Muchy, które wypuściły album „Chcecicospowiedziec”. Nowa płyta nie przebija debiutu, ale zdecydowanie jest lepsza od „Notorycznych Debiutantów”. Nie próżnował w tym roku również Hey i grupa Kim Nowak.

A co się działo w alternatywie? Tutaj działo się sporo, było kilka ciekawych, oryginalnych debiutów. Za największe objawienie należy uznać projekt Błażeja Króla UL/KR, który nagrał album o tej samej nazwie. „UL/KR” to podróż w najbardziej schizofreniczne i psychodeliczne miejsca przy jednoczesnym zachowaniu melodyjności. Drugi album na który należy zwrócić uwagę do „Persentyna” zespołu Drekoty, który brak przebojowości nadrabia oryginalnością i polotem. Sporo zamieszania zrobiła wokół siebie grupa Niechęć za sprawą albumu „Śmierć w miękkim futerku”, który dla fanów jazzu jest pozycją obowiązkową. Jeżeli chodzi o ostrzejsze klimaty związane z alternatywą to bezkonkurencyjnie okazali się kolesie ze zespołu Gówno. Ich „Czarne Rodeo” było jedną z najlepszych płyt wydanych w poprzednim roku na ziemi polskiej. Punkowa forma jeszcze się nie wypaliła, poza tym płyta ta ma interesujące drugie dno (zabarwione politycznie). Bezkonkurencyjne jednak okazało się łódzkie trio Kamp!. Ich rewelacyjny, taneczny album „Kamp!” przypomniał mi lata świetności Cut Copy.

Z popu przesłuchałem nie wiele albumów. Zdecydowanie królowały single i pojedyncze piosenki takich artystek jak Kari Amirian, Meli Koteluk czy też Karolina Kozak. Jeżeli chodzi o całe albumy to po raz kolejny królowała Iza Lach, która nagrała typowo wakacyjny krążek „OFF THE WIRE” z udziałem samego Snoop Dogga! Mimo, że płyta jest troszkę nierówna to i tak zasługuję na wysoką ocenę za kapitalność niektórych kompozycji. Poza tym powrót zaliczyła kontrowersyjna Maria Peszek wydając „Jezus Maria Peszek”. Swój drugi album w tym roku wydał projekt Natalii Fiedorczuk, czyli Nathalie and The Loners. Płyta ciekawa, mało przebojowa, ale chwytliwa. Natomiast płyta „Away” Klary jest przyzwoita,  z tymi wszystkimi zachwytami bym tak nie przesadzał. Takich albumów w indie-popie jest wiele. Dobre oceny zebrała również Brodka, która zdecydowała się wydać swoje EP również w formie pudełka z płytą w środku. „Lax” to spora świeżość w polskim popie i świetna zapowiedź przyszłego albumu artystki, zdecydowanie czekam.

Jeżeli chodzi o inne ważne gatunki jak hip-hop czy też metal to niestety muszę zakomunikować, że nie starczyło czasu, chęci i odpowiedniego materiału. Ale to nie koniec! Oto lista 10 najlepszych polskich płyt A.D. 2012:

10. Drekoty – „Persentyna” / Nathalie and The Loners – „On Being Sane (In Insane Places)”

9. Plum – „Emergence”

8. Afro Kolektyw – „Piosenki po polsku”

7. Turnip Farm – „The Great Division”

6. Muchy – „Chcecicospowiedziec”

5. Iza Lach – „OFF THE WIRE”

4. Niechęć – „Śmierć w Miękkim Futerku”

3. UL/KR – „UL/KR”

2. Gówno – „Czarne Rodeo”

1. Kamp! – „Kamp!”