Muse – Łódź, 23.11.2012

23 listopada 2012 roku na długo zapiszę się w pamięci tych, którzy widzieli koncert Muse w łódzkiej Atlas Arenie.

To był trzeci koncert brytyjskiej formacji w Polsce. Po raz pierwszy wystąpili podczas Heineken Open’er Festiwal w 2007 roku (miałem okazję tam być). Druga wizyta w naszym kraju miała miejsce w 2010 roku podczas Coke Live Festiwal. Jak łatwo zauważyć łódzki koncert był tym pierwszym niefestiwalowym dlatego wywoływał sporo emocji. Ze względu na to, że nie byli już ograniczeni przez prawa, którymi rządzi się festiwal to spodziewałem się jeszcze większego i dłuższego show. Nie przeliczyłem się, ale zacznijmy od samego początku.

Zacznę od kilku słów na temat miejsca koncertu. Atlas Arena w Łodzi to bardzo dobra lokalizacja dla tego typu imprezy. Na plus Łódzkiego spodka można zaliczyć łatwość dojazdu oraz konstrukcję tej budowli, która pozwala na szybkie wejście i wyjście. Minusem na pewno jest notoryczne zaniedbywanie kwestii parkingowych, ale to polski standard. Ogólnie pod względem organizacyjnym koncert był bez jakichkolwiek zarzutów.

Przed Muse swoje 45 minut do wykorzystania miała grupa Everything Everything. Na europejską trasę Muse wytypowane były aż cztery zespoły grające supporty. Niezmiernie się ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, że to ta brytyjska formacja zaprezentuje się przed Bellamym i spółką 23 listopada. To był dobry występ, aczkolwiek zadanie mieli trudne. Zespół support-ujący ma dość niewdzięczną rolę. Nie ważne jak dobrze by nie zagrał to i tak większość publiki wyczekuje wyłącznie końca. W Atlas Arenie także można było wyczuć to zniecierpliwienie. Mi osobiście ten występ zleciał bardzo szybko i w przyjemny sposób. Grupa zaprezentowała swoje najlepsze kawałki z „Man Alive” grając w sposób energetyczny i lekki.

Muse swój występ rozpoczęło z lekkim poślizgiem. Koncert rozpoczął się tak samo jak każdy inny z obecnej trasy od „The 2nd Law: Unsustainable”. Mimo, że ta kolaboracja rocka z dubstepem nie zachwycała mnie na płycie to jako opener do show utwór ten sprawdza się w stu procentach! Następnie zaprezentowali kolejny utwór z nowej płyty „Supremacy”, który w wykonaniu na żywo również lepiej się prezentuje niż na płycie. Nie jestem fanem nowych piosenek Muse, jednak słuchając ich na żywo ma się zupełnie lepsze wrażenia. „The 2nd Law” co zrozumiałe miała największą liczbę reprezentantów (naliczyłem 10 piosenek) a najlepiej zaprezentowały się utwory: „Animals”, który był wzbogacony o ciekawą wizualizację przedstawiającą kursy giełdowe a także „Liquid State” – śpiewany w całości przez basistę Chrisa Wolstenholme. Najmniej udany był dla mnie utwór „Explorers”, który mógłby zostać zastąpiony jakimś klasykiem Muse.

Drugą połowę setlisty stanowił starsze utwory Muse. Oryginalnym zastosowaniem była „ruletka”, która losowała jaki utwór Muse zagra na koniec występu (przed bisami). Padło na „Stockholme Syndrome”, co niezmiernie mnie ucieszyło. Najwięcej hitów usłyszeliśmy z płyty „Black Holes and Revelations”. Dyskotekowe „Supermassive Black Hole” porywało do tańca, „Map of The Problematique” wraz ze swoim gitarowym outro zachwycało brzmieniem natomiast „Knights of Cydonia” wzbogacone o intro „Man With Harmonica” prawdopodobnie było najlepszym momentem koncertu.

Na szczęście brytyjskie trio układając setlistę nie zapomniało o żądnej ze swoich płyt. Honoru debiutanckiej płyty bronił utwór „Sunburn”, natomiast „Plug in Baby” był jedynym reprezentantem „Orgin of Symmetry”. Ogólnie rzecz biorąc dobór piosenek nie był żadną niespodzianką dla kogoś kto przeglądał wcześniejsze setlisty z koncertów Muse. Ten mało mobilny schemat koncertu można łatwo wytłumaczyć. Muse nie gra zwykłych koncertów. Muse robi show. Setlista to scenariusz, Bellamy jest reżyserem, Scena jest miejscem akcji a muzyka gra tutaj główną rolę.

Każdy ich występ to ogromne wydarzenie i przeżycie, tak samo było tym razem. Poza muzyką na widownie w mocny sposób oddziaływały kwestie wizualne. Ogromna scena, składająca się z samych ekranów. U góry zawieszona ekranowa piramida, która zmieniała pozycje i kształty! Piękne lasery, które szczególnie epatowały swoimi kolorami podczas „Madness”. Świetny i różnorodny dobór wizualizacji do utworów. Podczas „Panic Stations” obserwowaliśmy tańczącego ogra natomiast w trakcie „Uprising” na ekranie pojawił się perkusista Dom Howard stosują chwyty karate. Na koniec podczas odgrywania ostatniej piosenki „Surival” na scenie pojawiały się kłęby dymu.

To był magiczny występ. Bardziej gitarowy aniżeli fortepianowy, bardziej precyzyjny niż inne pozostałe do tej pory. Można się przyczepić do początkowej predyspozycji muzyków, na szczęście jednak szybko się rozkręcili. Do historii może nie przejdzie, ale dla tych 10 tysięcy ludzi i dla mnie będzie niezapomnianym przeżyciem. Było idealnie.

Reklamy

10 Najlepszych piosenek Muse

Koncert Muse zbliża się wielkimi krokami, dlatego też postanowiłem stworzyć listę 10 najlepszych piosenek grupy z Teingmouth, które z miłą chęcią usłyszę podczas występu w Łodzi. Kolejność całkowicie przypadkowa.

Na pierwszy ogień utwór „Sunburn” z płyty „Showbiz”. Debiutancki krążek Muse mimo wysokiego poziomu jaki prezentuje jest pomijany przez Bellamy’ego i spółkę podczas swoich spektakularnych koncertów. I to ogromna szkoda, gdyż piosenki z tego okresu są najmniej pretensjonalne. Nie słychać usilnej chęci zbawienia świata, słychać dobre piosenki a opener z tego albumu, czyli „Sunburn” to idealny tego przykład. Klawiszowy wstęp wprowadza nas w dość senny klimat piosenki, który szybko znika wraz z refrenem. Dużą pracę wykonuje w tym kawałku basista.

„Showbiz”, czyli utwór tytułowy z albumu wydanego w 1999 roku. Być może jest to najlepszy koncertowy utwór zespołu, ale nikt o tym nie wie. Mroczny, ponury nastrój, klimatyczna perkusja i ciągły wzrost napięcia – to cechy główne tej piosenki. Wejście gitary z 3:48 nazwałbym kluczowym dla tego utworu. Szkoda tylko, że tak rzadko piosenki z tej płyty znajdują się na koncertowych setlistach.

Mimo wiecznego wałkowania „New Born” nigdy mi się nie znudził. Nastrojowy wstęp, chwila niepewności i wielki wystrzał energii. „New Born” to popis jednego aktora – Bellamy’ego. Kiedy widzę co wyrabia z gitarą (rejony 3:32) w tym utworze to łapię się za głowę. Ta piosenka wpisała się do kanonu rocka.

Numer cztery na mojej liście to utwór „Plug In Baby”. Możliwe, że najlepszy utwór zespołu i najbardziej kontrowersyjny. Wiele rozpraw na temat: plagiat, nie plagiat? Możliwe, tylko ta zabawa w puszczanie piosenki od tyłu troszkę mi przypomina te wszystkie filmiki z puszczonym Kalibrem 44 od tyłu, które miały stanowić dowód w sprawie śmierci Magika. Muse zawsze dzielił, ale i też intrygował. Tak samo jest z tą piosenką.

Muse – „Feeling Good”. Możecie mówić co chcecie, ale dla mnie to najlepszy cover EVER. No może troszkę przesadzam, ale jest wypasiony. Bellamy nadał tej piosence właściwe brzmienie. Troszkę ballady, troszkę rocka. Idealne proporcje.

posłuchaj

„Dead Star” to zapomniany utwór Muse. Zapomniany dlatego, że grupa już nie nagrywa takich piosenek. Poza tym kto miałby pamiętać „Dead Star” skoro ten nie znalazł się nigdy na żadnym albumie? Muse mocno tutaj zapędza się w mroczny, gotycki metal jednak pop-rockowy refren równoważy wszystko.

posłuchaj

Czas na utwory z mojej ulubionej płyty Muse, „Absolution”. „Hysteria” to najbardziej rozpoznawalny utwór z tego albumu. Rewelacyjny bas na początku, jednostajna perkusja i rozbudowana gitara. Jest natłok brzmienia, cały album tak brzmi. Ciężko, patetycznie, ale melodyjnie. No i rewelacyjny tekst. Piosenka palce lizać.

„Falling Away With You” to prawdopodobnie najpiękniejsza piosenka o miłości Muse. Świetnie wkomponowany syntezator dodaje całości wielu uczuć i emocji. Bellamy bez udawanej pasji w piękny sposób nuci „all of the love we left behind / watching the flash backs intertwine”. Mocno sentymentalny utwór z genialnym zakończeniem. Mimo, że na pozór Muse nagrali wiele takich kawałków o miłości (tej nieszczęśliwej oczywiście) to ta piosenka ma to „coś” i się wyróżnia od pozostałych wyciskaczy łez.

posłuchaj

Mimo, że Muse nagrali pełno wzruszających ballad to zawsze wolałem te „dzikie” siekiery jak choćby „The Small Print”. Fajny gitarowy wstęp, perkusja niczym bicie muchy bejsbolem i pełny gniewu tekst. O tak, to ten Muse, który lubię.

Ostatni utwór na mojej liście to „I Belong to You/Mon Coeur S’Ouvre a Ta Voix” z płyty „The Resistance”. „I Belong To You” to połowiczny cover starej francuskiej piosenki. Mimo, że początkowo cała płyta wydawała mi się słaba to lubię do niej wracać, a zwłaszcza do TEj jednej piosenki. Fajny tekst, brzmienie wzbogacone o klarnet i przede wszystkim wiele, wiele wspomnień związanych z tą piosenką.

Grizzly Bear – Shields

Grizzly Bear, ulubieńcy fanów muzyki niezależnej wracają z nowym albumem.

Na początek prosta teza: album „Shields” to naturalne następstwo „Veckatimest”. Płyta z 2009 roku oczarowała wszystkich, zespół wskoczył na kanapę na której siedzą obecni najwięksi dyktatorzy trendów w niezal świecie. Wskoczył z impetem, kazał się posunąć Animal Collective i założyć kapcie Thom’owi Yorke’owi. Teraz gdy już wygodnie siedzi z pilotem w ręku, przerzuca na kanał zatytułowany „Sheilds”.

„Shields” to płyta mocno podobna do swojej ostatniej poprzedniczki. Podobna w tego dobrym słowie znaczeniu. Nowojorczycy po prostu podtrzymali poziom nagrywając równy, świetny materiał. Słuchając tego krążka nie ma się wrażenie, że to już było. Ma się odczucie lekkiego zaskoczenia, zadowolenia? Ciężko mi sprecyzować te odczucia. Generalnie słyszymy dobrą muzykę i o to chyba najbardziej w tym wszystkim chodzi? Płyta jest bardziej jakby patetyczna (puszczam oczko do ostatnich dwóch piosenek), jednak mniej przebojowa. Nie odnajdziemy tutaj równie dobrego i charakterystycznego singla jakim był „Two Weeks”. Na szczęście jest tyle samo magii i dobrych melodii. Po raz kolejny swoim czarującym głosem uwodzi nas Ed Droste. Jeżeli chodzi natomiast o brzmienie to jest ono ciut bardziej rozbudowane i słychać to w drobnych, drobniutkich szczególikach.

Ok, Ja tutaj cały czas odnoszę się do poprzedniej płyty a co ma zrobić biedaczysko, który nigdy przedtem nie słyszał Grizzly Bear? Niektórzy mówią, że dopiero od „Veckatimest” zaczyna się prawdziwe Grizzly Bear. Otóż nie, Grizzly Bear i to dobre Grizzly Bear zaczęło się w 2004 roku wraz z wydaniem płyty „Horny of Plent”. Nie umniejszajmy ich wcześniejszym wydawnictwom tylko dlatego, że były mniej nośne (nie jestem pewien czy to dobre słowo?). Te kawałki także mają swój urok. Niepozorny, ale mają. Dlatego też drogi słuchaczu, proponuje zapoznanie się z poprzednimi trzema albumami zanim posłuchasz „Shields”. Jednak coś mi się zdaje, że jeżeli dotarłeś do tej części recenzji to zapewne już słyszałeś te albumy. Ocena: 8/10.

Listopadowe propozycje filmowe

Drive (2011). Zacznę od kliku zdań dotyczących fabuły, później będą same cukierki. Bezimienny mężczyzna z Los Angeles prowadzi podwójne życie. Za dnia pracuje w warsztacie samochodowym i od czasu do czasu bierze udział w produkcjach filmowych jako kaskader. W nocy natomiast jest kierowcą na usługach przestępców. Ma swoje jasno określone zasady, których nie łamie. Pewnego dnia poznaje Irene, swoją nową sąsiadkę.  Irene i jej mały synek Benicio stają się dla niego bliscy. Rodzi się uczucie, jednak sprawa się gmatwa gdy na wolność wychodzi mąż Irene – Standard. Standard ma problem z miejscową mafią, nasz główny bohater postanawia mu pomóc. Tyle o samej fabule. Zacznę od tego, że jest to najlepszy film akcji, który powstał na przestrzeni 5-10 lat? Mi jako wymagającemu widzowi zaserwowano dokładnie to czego oczekuje od kina. Ciekawą fabułe, świetny scenariusz, idealnie dobraną muzykę, perfekcyjną pracę kamer i genialną kreacje aktorską Goslinga. Ten film ma to wszystko. Ryan Gosling swoją kreacją przypominał najlepsze role Clinta Eastwooda, człowieka, który nie mówi, ale działa! Natomiast Ron Perlman w końcu przekonał mnie, że potrafi grać gangstera.  Mimo, że film wydaje się być tak zwanym kinem samochodowym to tak na prawdę czterokołowce nie odgrywają  tutaj najważniejszej roli. Nigdy nie byłem też fanem scen pościgów, nudziły mnie już rozbijane warzywne stragany i wieczne dachowanie. Ten film wykrzesał wiele nowego w tej materii, wystarczy obejrzeć pierwszą scenę w której nie ma jakiegoś bezsensownego szarżowania samochodem bo małych uliczkach. Jest za to mocno emocjonująca ucieczka z miejsca kradzieży i jakikolwiek brak emocjo na twarzy Goslinga. Teraz kwestia muzyki. Została ona idealnie wmontowana w film i nadaje ona pewien kiczowaty klimat lat 80. Synth-popowe brzmienia Chromatics czy też duetu Kavinsky i Lovefoxxx idealnie się tutaj sprawdzają. W pamięć zapada scena w której Standard wraca do domu i dziękuje za serdeczne powitanie a w tle dogrywa mu utwór Desire. Pisząc na temat „Drive” warto także zwrócić uwagę na krwistość scen, nie zabraknie tutaj pękniętych czaszek i rozbryzganych mózgów. Krwawe sceny robią wrażenie. Cały czas myślę, że o czymś zapomniałem napisać… Może napiszę jeszcze tylko to:  Zobaczcie ten film, naprawdę warto. Ocena: 9/10.

Film ten będziecie mieli okazję zobaczyć już 17 listopada o godzinie 20:00 na antenie Canal Plus.

The Prestige / Prestiż (2006). Christopher Nolan. Głośne nazwisko za sprawą trylogii Batmana i filmu „Incepcja”. Jednak gdyby przyjrzeć się jego twórczości to czaruje on w kinie już od dawna. Najlepszą cechą Nolana jest to, że potrafi on połączyć kino ambitne z tym mainstreamowy. Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że ówczesne filmy hollywoodzkie zawierające jakąkolwiek zagadkę na koniec filmu podają nam jak na tacy wszystkie wytłumaczenia i serwują happy end. Ambitne, offowe kino natomiast pokazuje serię zdjęć nie tłumacząc nic, licząc na widza. Niestety większość ludzi nie zrozumie takiego filmu. Nolan znalazł złoty środek. Tworzy ciekawe, ambitne dzieła, które masowo się sprzedają. Takim filmem jest Prestiż. Opowiada on historię rywalizacji dwóch brytyjskich iluzjonistów Angiera i Bordena. Podzieliła ich niefortunna śmierć żony Angiera, która zginęła podczas jednej z sztuczek topiąc się w zbiorniku z wodą. Angier obwinił o śmierć Bordena. Obydwu iluzjonistów pochłonęła praca a w szczególności trik z tak zwanym przeniesieniem. Rywalizacja między nimi nie będzie miała żadnych granic. Filmowa zagadka jaką jest śmierć Angiera jest przez Nolana misternie skonstruowana. Reżyser po raz kolejny zastosował nie typową narracje. Sceny przed śmiercią Angiera mieszają się z tymi, które pokazują całą historię dalej. Wydaje się to skomplikowane, ale uwierzcie, że nie będziecie mieli problemu z zrozumieniem tej historii a zabieg ten jedynie bardziej przykuje waszą uwagę. Na oklaski zasługuje nietuzinkowa gra głównych aktorów. Christian Bale lepiej się prezentuje jako zawadiaka i mistrz ceremonii aniżeli cicha pięść sprawiedliwości (pije do Batmana). Natomiast kreacja Hugh’a Jackmana była najlepszą w jego całej karierze. W rolę Tesli wcielił się  znakomity jak zawsze David Bowie, który jak już gra, to gra w filmach dobrych (Hunger, Twin Peaks). Podoba mi się ten film pod względem wizualnym. Wszystkie szczegóły są pokazany w sposób mocno realistyczny i jedynie końcowe rozwiązania tak zwanej maszyny Tesli troszkę rozczarowują. Ocena: 8/10.

The Cabin In The Woods / Dom w Głębi Lasu (2012). Gdy zobaczyłem zwiastun tego filmu w kinie to pomyślałem sobie: „o rany, kolejny badziewaty gniot”. Pozytywna ocena filmu na horror.com.pl jednak mnie zachęciła do obejrzenia. Oglądam, po pierwszych piętnastu minutach myślę: „o rany, kolejny badziewaty gniot”. Początkowa fabuła nie ujawnia niczego nowego w tymi filmie. Mamy do czynienia z piątką studencików, którzy jadą do domku w lesie. Oczywiście od razu wiadomo, że sportowiec, szkolna lafirynda, inteligentny murzyn i palacz zioła zginą na początku a przy życiu pozostanie jedynie prawe dziewczę. I gdy tak już prawie wszyscy zostali wybici przez zombie i przy życiu została tylko „dziewica” nagle stało się coś niewiarygodnego. Film wskoczył na całkiem inny tor, od tej pory zrobiło się ciekawie i do samego końca zastanawiałem się: „o rany, co dalej? co teraz będzie?”. Nie chcę spoilerować i pisać dokładnie o co chodziło, polecam każdemu zobaczyć ten film i dać się zaskoczyć. Przejdźmy do kwestii technicznych. Pod względem efektów specjalnych film ten nie wyróżnia się od innych horrorów. Nic nowego, jednakże „Dom w Głębi Lasu” łączy w sobie wiele typów filmu grozy i traktuje je z przymrużeniem oka. Początek filmu, piątka młodych ludzi i domek w lesie. Czy komuś to się skojarzyło z „Evil Dead”? Dalej postacie zombie tworzące rodzinę. Mamy tutaj połączenie motywu żywych trupów oraz rodziny odludków, czy ktoś to skojarzył z takimi filmami jak „Wzgórza mają oczy” albo „Wrong Turn”? Laboratorium obserwatorów tych wydarzeń przywołuje na myśl wszystkie filmy z serii „Cube” natomiast tajemnicza kulka i postać Trytona to jawna zrzynka z Hellraisera. Ktoś by mógł powiedzieć, co za nonsens. Otóż nie, to przemyślany zabieg, który daje ciekawy i momentami zabawny efekt. Każdy miłośnik horrorów doceni ten efektowny miszmasz filmów grozy. Ocena: 8/10.

Chcecicospowiedziec

Ostatni wpis z cyklu „Weekend z Muchami” poświęcony filmowi „Chcecicospowiedziec”.

Przed koncertem zespołu Muchy w katowickim 2B3 odbył się seans filmu „Chcecicospowiedziec”, który jest dodatkiem do najnowszego albumu poznańskiej grupy. Film został wyreżyserowany przez Grzegorza Lipca a główne role zagrali sami muzycy Much oraz Piotr Materna plus paru gości. Przed seansem Michał Wiraszko zapowiedział film słowami: „Nie traktujcie go poważnie”. Te właśnie zdanie przyświecało mi do końca seansu.

70-minutowy obraz stanowił pewien paradokument ze szczątkową fabułą. Dużo chaosu, dużo muzyki z nowej płyty, sporo humoru. Mimo wielu dłużyzn jest on jadalny i na swój sposób ciekawy. Wielką rzecz robi Piotr Materna, który odgrywa główną rolę w sposób wyśmienity,odstawiając w cień w każdej scenie Muszki. Co do członków zespołu Much to byli sobą, grali koncerty, kłócili się, wyzywali, pili alkohol, wygłupiali, opowiadali o początkach zespołu. Rutyna muzyka. Mimo, że wiele razy nie wiedziałem o czym oni do cholery mówią to trafiały się kapitalne kwestie takie jak przemyślenia perkusisty Much na temat koloru pomarańczowego czy też analiza obrazu Maryjnego wykonana przez Michała Wiraszkę.

Nie jest to jakieś wielkie dzieło filmowe, ale miało okazję zaistnieć na wielkim ekranie w Multiknach całej Polski i stanowi pewną wartość samą w sobie. Muchy mają swój film. Czekamy co dalej.

Muchy – Katowice, 07.11.2012

Kolejna część weekendu z Muchami, tym razem relacja z koncertu, który odbył się w katowickim klubie muzycznym 2B3.

To był mój czwarty koncert zespołu Muchy. Pierwszy klubowy, gdyż wcześniej widziałem ich wyłącznie w tak zwanym „plenerze”. Katowicki klub 2B3 mimo małej powierzchni posiada fajny, nowoczesny wystrój i idealny klimat do obcowania z muzyką indie. Koncert był związany z trasą promocyjną płyty „Chcecicośpowiedzieć” o której pisałem na blogu wczoraj. I tak jak każda trasa promująca nową płytę był w 80% procentach poświęcony nowemu wydawnictwu grupy. Przed koncertem odbył się seans filmu „Chcecicośpowiedzieć”, który trwał około 70 minut. O filmie napiszę w kolejnej odsłonie weekendu z Muchami. Natomiast około 15-16 utworowy set zawierał (chyba) wszystkie utwory z nowej płyty plus parę klasyków takich jak: „Zapach Wrzątku”, „Najważniejszy Dzień” czy też „Przesilenie”. Tracklista nie była dla mnie niespodzianką, spodziewałem się takiego układu piosenek.

Nie wiedziałem jedynie jak będzie brzmiał sam zespół po ostatnich zmianach kadrowych. Nie ma już Piotra Maciejewskiego, który stanowił pewien trzon zespołu. Pojawili się za to nowi członkowie: Krzysztof Zalewski (wygrał kiedyś Idola) oraz Damian Pielka. Zmiany personalne spowodowały także zmiany brzmienia. Jest znaczna różnica między tym co słyszałem cztery lata temu na Off Festiwalu a tym co usłyszałem kilka dni temu. Czy zmiana jest pozytywna czy negatywna? Nie potrafię tego rozstrzygnąć, gdyż tak na prawdę dalej są to stare, dobre muszki.

Co mogę powiedzieć o samym koncercie? Była dobra zabawa. Muchy zagrały energicznie i z dobrej strony przedstawiły materiał nowej płyty. Nagłośnienie dupy nie urywało, jednakże nie ma się czego czepiać, gdyż zespół grał na sali o małej powierzchni. Michał Wiraszko był w dobrej formie wokalnej a chłopaki z zespołu wyglądali na w pełni wyluzowanych. Widać, że wspólna gra sprawia im radość, która udzielała się również widowni gdy mogli razem z wokalistą Much odśpiewać „Zapach Wrzątku”. Nie zabrakło również papierowych samolotów rzuconych w stronę Wiraszki i ekipy podczas odgrywania jako bis „Miasta Doznań”.

Po samym koncercie była okazja do pogawędki z zespołem, wspólnych zdjęć czy też zebrania autografów (Atut koncertu w małym klubie). Po bliższej rozmowie z członkami zespołu muszę przyznać, że są to fajne i zabawne (ale nie w TYM tego słowa znaczeniu) chłopaki z Poznania. Warto wpadać na ich koncerty. Na koniec jeszcze jedno zdanie do Michała Wiraszki: Nie martw się trzydziestką, Thom Yorke w przyszłym roku będzie miał 45!

Muchy – Chcecicospowiedziec

Weekend z Muchami rozpoczynam od recenzji najnowszej płyty poznaniaków.

Jak ten czas szybko leci. Nie tak dawno temu słuchaliśmy na przerwach lekcyjnych pierwsze, brudne i romantyczne przeboje Much a tu już trzeba pisać magisterkę i w między czasie słuchać trzeciego albumu muszek. Minęło sześć lat od debiutu zespołu. W tym czasie wiele się wydarzyło. Były długie trasy koncertowe, występy w tv, Wiraszko zarządzał festiwalem w Jarocinie, zmieniał się skład. Jedynie nie zmieniała się muzyka, która zawsze stała na wysokim poziomie. Płyta „Terroromans” na stałe wpisała się w kanon polskiej muzyki rozrywkowej. Natomiast drugi krążek poznaniaków „Notoryczni Debiutanci” stanowił potwierdzenie wartości grupy. Czym zatem jest trzeci longplay dla Much?

Na szczęście nie muszą już niczego nikomu udowadniać. Znają dobrze swoją wartość, MY, jako słuchacze także ją znamy. Muchy to w tej chwili jeden z najlepszych polskich zespołów. Mimo, że ostatnie zmiany personalne nie wydawały się najlepsze to pozostali tym samym zespołem w których zakochała się spora część słuchaczy muzyki z pogranicza indie rocka. „Chcecicośpowiedzieć” to udana płyta. Dla mnie nawet lepsza od „Notorycznych Debiutantów”, bardziej przypomina mi te stare, dobre piosenki z „Galanterii”. Już sam początek płyty („Robotyka”, „Kurara”) jest mocno gitarowy, brudny i brzmiący tak jakby nagrywali te utwory w jakiejś zasyfionej piwnicy. Dalej jest już troszkę więcej zabawy z brzmieniem. „Wróżby” z mocno wyeksponowanym basem stanowią jeden z najmocniejszych punktów płyty. Świetną prace w tym utworze wykonuje syntezator i klawisze z regionów 3:38.

Dalej mamy singlowe „Zamarzam”, które jest dla mnie taką esencją twórczości Much. Około dwu minutowy, kapitalny utwór z świetną gitarą i jeszcze lepszym tekstem Michała Wiraszki. Apropos tekstów, dalej jest to mocny punkt Much. Jeżeli ktoś jeszcze używa gadu-gadu to dzięki tej płycie będzie miał wiele pomysłów na opis (pamiętacie coś takiego?). W dalszej kolejności na szczególną uwagę zasługuje utwór „Ani słowa”, który pod względem brzmienia jest majstersztykiem. „Wyjątkowo zwyczajnie” jest popisem perkusisty Szymona Waliszewskiego. Na płycie znalazło się także miejsce dla odświeżonego utworu „nie mów”, który znamy z „Galanterii”. To chyba już taka mała tradycja, że na każdej kolejnej płycie Much znajdują się utwory z dema wydanego w 2006 roku.

Świetnym utworem jest również „Nie przeszkadzaj mi bo tańczę”, który spokojnie mógłby znaleźć się na płycie „Terroromans”. W „Bez noży, bez karabinów” eksplorują bardziej psychodeliczne regiony, natomiast ostatni na płycie „Łu” ma świetny wstęp zagrany na saksofonie tenorowym.

Podsumowując „Chcecicospowiedziec” to bardzo dobra płyta. Pod względem lirycznym dorównuje poprzedniczkom, natomiast jeżeli chodzi o brzmienie to jest ono bardziej rozbudowane. Jest sporo syntezatorów, pojawia się saksofon, kontrabas, są fajne chórki. I co najważniejsze jest to płyta przebojowa i równa. Ocena: 7/10.

posłuchaj