Propozycje filmowe na Halloween

Dziś halloween, amerykańskie święto nie mające specjalnej tradycji w naszym kraju. Niemniej jednak przygotowałem z tej okazji coś dla was specjalnego. Dwie filmowe propozycje na dzisiejszy wieczór grozy i strachu.

Suspiria (1977). To jeden z  z najbardziej reprezentatywnych obrazów dla gatunku giallo. Giallo czyli włoski, krwawy i tajemniczy thiller w którym zagadka kto jest mordercą wyjaśnia się na samym końcu filmu. Oczywiście to tylko uproszczenie tego wspaniałego gatunku. O giallo można by pisać prace doktoranckie. Za mistrza w tej materii uważa się reżysera Dario Argento. „Suspiria” to klasyczny film Argento, gdzie zagadka morderstw jest iście tajemnicza. Dodatkowo jest on zabarwiony elementami świata nadprzyrodzonego. Pojawiają się opętane zwierzęta, czarna magia oraz prastara legenda o wiedźmie. Film opowiada historię młodej studentki tańca Susy, która przyjeżdża z Nowego Jorku do najbardziej prestiżowej szkoły tańca w Freiburga. Od samego przyjazdu jest świadkiem dziwnych wydarzeń. Dziewczyna, która w podejrzanych okolicznościach opuszcza szkołę tego samego wieczoru ginie. To nie koniec niewyjaśnionych zgonów, gdyż ponury żniwiarz zabiera ze sobą także niewidomego szkolnego pianistę oraz współlokatorkę Susy. Dziewczyna postanawia rozwikłać zagadkę. Niestety nie jest świadoma jak blisko ociera się o piekielne moce. Głównym plusem tego filmu jest to, że trzyma on widza w napięciu od  początku do samego końca. Zagadka morderstw z czasem staje się coraz bardziej jasna, jednak zanim wszystko sobie poukładamy będziemy świadkami wielu niezapomnianych i mrocznych scen. Warto zwrócić uwagę na kolorystkę scen, którą serwuje nam Argento. Jest to istna zabawa z kolorem. Nie zabraknie także typowych scen gore, gdzie krew będzie płynąć strumieniami. Jednak co najważniejsze „Suspiria” nie epatuje zbyt mocno scenami morderstw. Historia jest ciekawa, bohaterowie filmu zróżnicowani i charakterystyczni. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów kina grozy.

Zombieland (2009). To zdecydowanie jeden z najlepszych komedio-horrorów ostatnich lat. Film opowiada kolejną oklepaną historię plagi zombie, która zalewa Świat. Główny bohater, którego imienia nie znamy (został określony Columbus od miejsca do którego zmierza) napotyka na swojej drodze nieznajomego kowboja, który tak jak on walczy o przetrwanie. Postanawiają razem zmierzać na zachodnie wybrzeże. Jednak w realizacji planu przeszkodzi  im duet cwanych sióstr, których pozbawia ich samochodu i broni. Siostry jednak daleko nie uciekły, gdyż zepsuł im się pojazd. Przy następnej konfrontacji bohaterowie postanawiają zachować większą czujność. Po wielu zawirowaniach postanawiają jednak połączyć swoje siłę i zmierzać do Hollywood. Film ten nie wnosi niczego nowego do tematu zombie, jednak serwuje nam ogromną porcję rozrywki. 1-osobwa narracja Columbusa ciekawi i bawi, natomiast mistrzostwem kreacji okazuje się postać Tallahassee zagrana przez Woody’ego Harrelsona. Cały film ogląda się lekko i przyjemnie, nie ma tutaj typowej grozy, która jest zastąpiona gagami. Nie traktujemy poważnie problemu zombie, gdyż sami bohaterowie tego nie robią. Zajmują się swoimi problemami, Columbus martwi się o to, że wciąż jest prawiczkiem natomiast Tallahassee poszukuje swoich ulubionych słodyczy. Mimo to film ten jest idealną propozycją dla tych co chcą w zabawnej atmosferze spędzić halloween.

Reklamy

Kendrick Lamar – Good Kid, m.A.A.d City

Dobry dzieciak, w złym mieście. Kendrick Lamar – hiphopowe odkrycie roku.

Hip-hop odkrywany jest na nowo. Stara łatka człowieka ulicy idzie do lamusa, teraz raper jest przede wszystkim artystą. Stare, dobre biadolenie, że damy radę zostało zastąpione filozofią hedonizmu. Rap się zmienia. To dobrze, gdyż ta zmiana jest tak na prawdę rozwojem. Dla starej generacji raperów pozostaje się przystosować bądź zmienić zajęcie (może produkcja?). Amerykański hip-hop przeżywa bogaty wysyp młodych, zdolnych i co najważniejsze oryginalnych. Dla udowodnienia tej tez wystarczy podać takie nazwiska jak A$AP Rocky, Tyler The Creator, The Weeknd. Jednak jest ktoś, kto bije ich na głowę. To Kendrick Lamar.

Ten 25-letni skurczybyk gdy miał zaledwie 8 lat ocierał się o 2PAC’a w teledysku do „California Love”. W wieku 22- lat miał już 3 oficjalne mixtape’y. Zainteresował się nim sam Lil Wayne. Nagrywał z Lady Gagą, Drake’em. Bez wątpienia spotkał na swojej drodze właściwych ludzi co przełożyło się na jego późniejszą twórczość. Nie bez znaczenia pozostaje także jego pochodzenie. Compton – czyli miasto, którego główną wizytówką jest wysoka liczba zabójstw, gangów i… N.W.A. Teraz już chyba dla każdego jest zrozumiała ta nazwa płyty.

„Good Kid, m.A.A.d City” to kawał dobrego hip-hop’u. Raczej nie znajdziemy tutaj niczego nowego. Jednak biorąc pod uwagę ogromną liczbę nic nowego nie wnoszących płyt hip-hopowych to można na to przymknąć oko. Zwłaszcza, że Lamar i podkłady na „Good Kid, m.A.A.d City” to jedność, dosłownie. Jest to dopiero jego drugi album a on już wypracował swój własny styl. Nie jest to zwykłe nawijanie do kolejnego bitu, który zapodał nam producent. Ta płyta to wartość sama w sobie.

Na CO należy zwrócić uwagę słuchając „Good Kid, m.A.A.d City”? Na życiowe rozkiminy w „Sing About Me, I’m Dying Of Thirst”. To najdłuższy utwór na albumie (12 minut) składający się z dwóch części i każda świetna.

„This is the life of another girl damaged by the system”

Po drugie świetne teksty. Koleś ma dar przekonywania, potrafi ująć sedno w kilku słowach. Mała próbka możliwości Kendricka:

„I wonder if I’ll ever discover
A passion like you and recover”

„I hope the universe love you today
cause the energy we bringing sure to carry away”

Po trzecie zajebistość „Backseat Freestyle”. Szczególnie interesujące intro i outro utworu, gdzie Lamar porównuje się do Martina Luthera Kinga.Poza tym wprowadza nowy lans na ilość zapalniczek.

„Martin had a dream
Martin had a dream
Kendrick have a dream

Po czwarte podkłady. Mają one swój niezwykły klimat. Na szczególną uwagę pod tym względem zasługuje „Good Kid”, gdzie swoje palce maczał Pharrell Williams. Jednak reszta wcale nie jest gorsza. Ostatnią kwestią jest kończący dzieło „Compton” z udziałem samego Dr. Dre. Po tej piosence określenie „Straight outta Compton, crazy motherfucker named Ice Cube” nabiera nowego wymiaru.

Małe podsumowanie na koniec. Świetne podkłady, jeszcze lepsze teksty, specyficzny klimat plus talent Lamara to główne atuty tej płyty. Zdecydowanie najlepsze hip-hopowe dzieło tego roku. Ocena: 9/10.

…And You Will Know Us By The Trail Of Dead – Lost Songs

Teksańczycy nie tracą pędu. Po nagraniu „Tao of The Dead” i wskoczeniu na właściwy tor, Trail of Dead oddaje w wasze ręce kolejny przyzwoity album.

Zabawa z prog rockiem dała wymierny efekt. „Tao of Dead” okazał się tym albumem, który w końcu nie budził niedosytu. A niedosyt to słowo klucz biorąc pod uwagę wszystko TO co się wydarzyło po „Source & Codes”. W końcu zaskoczyło. Dlatego też nie chcąc tracić wiatru w żaglach, po troszkę ponad roku pojawił się kolejny krążek. Zagubione piosenki odnalazły swoje miejsce.

Już od samego początku słychać, że będzie dobrze. „Open Door Standard” to jeden z najlepszych (a może nawet najlepszy) openerów jakie było dane mi usłyszeć na przestrzeni ostatnich 2-3 lat. Pierwsze sekundy tej piosenki to istny miód w budowaniu atmosfery oczekiwania na przysłowiowe pierdolnięcie. I szczerze powiedziawszy jest ono na początku mocne, szkoda tylko, że zespół nie spróbował troszkę bardziej rozbudować końcówki tego utworu. Dalsze kompozycje nie odstają. Szczególną uwagę zwraca „Up To Infinity„, które brzmi jak najlepsze piosenki Japandroids. Poza tym piosenka porusza ważną kwestię wojny domowej w Syrii, której świat przygląda się z obojętnością podobną do tej z twarzy mojego kota, kiedy patrzy mi prosto w oczy.

Pisząc recenzję tej płyty gafą byłoby pominięcie dwóch utworów, które szczególnie przypadły mi do gustu. „A Place To Rest” w niespotykany do tej pory sposób nawiązuje do starych, dobrych czasów w wykonaniu tego zespołu. W końcu w tym roku mija 10 lat od wydania „Source & Codes”. Drugą piosenką jest „Catatonic”, które prezentuje to co najbardziej lubię w amerykańskim hardkorze. Poza tym w związku z moim wykształceniem każde niezbyt rażące zabarwienie polityczne jest pewnego rodzaju dodatkowym smaczkiem. Tutaj takich smaczków jest całkiem sporo. Sam wcześniej wspomniany „Catatonic” jest taką wisienką na torcie. Chciałbym przy tym kawałku zostać troszkę dłużej, dlatego przyjrzyjmy się tekstowi. Jest on bardzo prawdziwy i depresyjny. Rozbijmy poszczególne wersy.

There’s a matrix” – Chyba każdy z nas ma czasem takie myśli, że to co widzimy nie jest prawdziwe. Już nawet nie chcę przywoływać ostatnich głupot z naszego polskiego życia politycznego, bo każdy kraj ma swoje absurdy.

„What will we gonna say? /When were we good to go? /What are we going to do?” –  podstawowe pytania egzystencjalne trapiące człowieka współczesnego.

„Well nothing to the chill” – apokalipsa dla współczesnego licealisty.

„I feel the death is near” – apokalipsa dla ludzi w ogóle.

„Looking for something new” – chyba mówi samo za siebie.

„Where did all my brothers go?” – gdzie są wszyscy moi przyjaciele, ele ele ele?

„We’re catatonic” – smutna diagnoza współczesnego społeczeństwa globalnego.

A to tylko mała próbka, bo jest tego znacznie więcej. Oczywiście dla kogoś, kto ma świat w dupie i generalnie chwyta chwilę niczym Szymon Wydra, tekst będzie tylko dodatkiem dla energicznej muzyki. I będzie miała rację taka osoba, bo przecież najważniejsze w muzyce jest brzmienie i związane z nim emocje. Jednakże mam nadzieje, że nastaną kiedyś czasy, gdy Trail of Dead wyda równie mocną płytę gdzie Reece i Keely wykrzyczą „We found it”. Ocena: 8/10.

10 Najlepszych piosenek The Rolling Stones

The Rolling Stones obchodzi w tym roku 50-lecie istnienie. Takiego jubileuszu nie można zignorować i przejść obok obojętnie. Z tej okazji postanowiłem stworzyć własną, subiektywną listę 10 najlepszych piosenek Jaggera i spółki. Oczywiście zadanie nie było proste bo Stonesi nagrali mnóstwo piosenek. Poniżej ów lista, kolejność całkowicie przypadkowa.

Sympathy for The Devil. To jedna z tych piosenek, która posiada własne hasło na Wikipedii. Inspiracją dla piosenki była CHYBA dobrze znana wszystkim powieść „Mistrz i Małgorzata”. Jednak nie za to wyróżniłem ten kawałek. Najważniejszą kwestią było po pierwsze bogactwo brzmienia, nietypowe dla Stonesów. Ten utwór wybija się poza pewien standard utworów, które nagrali The Rolling Stones. Pod względem brzmienia bardziej przypominali Beatlesów, zabrakło rozbudowanych, topornych gitarowych solówek. Mamy za to fajny klawisz w tle, charakterystyczne chórki a zamiast tradycyjnej perkusji – grzechotki i bongosy. Drugą sprawą była ciekawa narracja prowadzona przez Jaggera, który wchodzi w skórę diabła.

Angie. Do tej pory nie wiadomo o kim ta piosenka tak na prawdę jest. Mówiono o pierwszej żonie Davida Bowie, aktorce Angie Dickinson oraz córce Richardsa – Dandelion Angela. Później się okazało, że nie chodziło o osobę a o heroinę, której pseudonimem było określenie Angie. Pomijając te wszystkie spekulacje i tak dochodzimy do prostej konkluzji, którą jest teza mówiąca, że najlepsze piosenki są o kobietach i narkotykach. Angie spełnia tutaj podwójną rolę, gdyż jest to piosenka , którą można rozpatrywać w dwojaki sposób. Poza tym to najpiękniejsza ballada zespołu i nawet specyficzny głos Jaggera nie drażni tylko wzrusza.

Gimme Shelter. Dużą popularność ta piosenka zawdzięcza częstemu wykorzystywaniu w różnorakich filmach, zwłaszcza tych z moim ulubionym aktorem Roberto De Niro. Poza tym jest to jeden z najbardziej charakterystycznych utworów dla okresu wojny w Wietnamie. Nie pozostawia on żadnych złudzeń co do oceny interwencji zbrojnej USA w Wietnamie. Warto także zwrócic uwagę na brzmienie duetu wokalnego Jagger – Merry Clayton.

Brown Sugar. To chyba najlepsza piosenka Stonesów z okresu łączenia rocka z bluesem. Nie jest to jakiś skomplikowany utwór, wszystko brzmi prosto, ale ma to swój urok. Wybierając się w regiony Alabamy musimy pamiętać, że tam za najlepszą płytę Stonesów uważa się „Sticky Fingers”.

(I Can’t Get No) Satisfaction. To bodajże najbardziej rozpoznawalny utwór Stonesów. Charakterystyczny riff, jednostajna perkusja, prosta melodia, łatwa do zanucenia. Jednak nie dlatego ten utwór stał się taki sławny. Chodzi o przesłanie, bunt, przeciwstawienie się. Początkowo chodziło o typowe problemy krajów rozwiniętych takie jak konsumpcjonizm czy też konformizm. Z czasem utwór przerodził się w hymn ludzi skreślonych, prześladowanych, walczących i wykluczonych. Brzmi znajomo, co nie?

posłuchaj

Get Off Of My Cloud. Dlaczego akurat ta piosenka? Bo to najlepszy przykład różnicy Stonesów od Beatlesów. Ci pierwsi zawsze byli tymi złymi, niegrzecznymi, niekulturalnymi chłopakami. Mimo, że Beatlesi również mieli swoje jazdy to Stonesi zostali zapamiętanie jaki Ci niebezpieczni rebelianci. Ów ocenę zawdzięczają między innymi tej piosence, gdzie Jagger i spółka pokazują swoją nonkonformistyczną postawę.

Start Me Up. Ta piosenka zapisała się w historii muzyki. Z resztą jak wiele innych hitów od Rolling Stones. W czym tkwiła moc tego utworu? We wszystkim po troszku. Piosenkę otwiera jeden z najlepszych riffów gitarowych W OGÓLE. Jagger wydaje się być już tutaj taki troszkę bardziej dojrzalszy wokalnie, jednak dalej pozostaje w skórze energicznego 17-latka (W zasadzie dalej się tak zachowuje jakby miał 17 lat). Klasyka jednym słowem.

Paint It Black. To chyba moja ulubiona piosenka Stonesów. Temat psychodelicznego rocka, który w tamtym okresie był modny nie był dla Jaggera zagadką. Ten utwór to świetne zestawienie fajnej melodii z jednym z najlepszych tekstów jakie wyszły spod ręki Jaggera. „Paint It Black” to esencja krwawych i zarazem ciemnych lat ’60.

posłuchaj

Wild Horses. Kolejna propozycja z albumu „Sticky Fingers”. Stonesi udowodnili po raz kolejny, że potrafią zagrać również piękną, wzruszającą piosenkę. To zdecydowanie najbardziej emocjonalny utwór The Rolling Stones. Sam Richards powiedział, że to piosenka o tęsknocie za miejscem oddalonym setkami kilometrów, miejscem gdzie w danej chwili chcemy być. Długie trasy koncertowe chyba dały im w kość, ale przynajmniej w zamian powstał genialny wyciskacz łez.

posłuchaj

Miss You. „Some Girls” z 1978 wielu uważa za ostatni genialny album The Rolling Stones. Coś jest na rzeczy bo wiele świetnych zespołów i artystów z lat 60 i 70 zagubiło się w dekadzie elektroniki i Michaela Jacksona. „Miss You” to rewelacyjny opener z tamtej genialnej płyty. Nie ma tutaj starego, dobrego rocka. Jest pop i to w połączeniu z elementami disco i funku. Mamy tutaj do czynienia z fajnym basem i trąbeczką w tle. Jagger natomiast zamiast skandowania haseł i krzyczenia, śpiewa niczym Marvin Gray. Słuchając tej płyty mam sporo skojarzeń z muzyką jaką reprezentowało Blondie w tamtym czasie.

Wiem, że pominąłem wiele klasycznych piosenek Stonesów. No, ale nie można mieć wszystkiego prawda? Dlatego wrzucajcie swoje propozycje w komentarzach.

Breakbot – By Your Side

Mimo, że wakacje już dawno za nami to muszę wspomnieć o najbardziej wakacyjnych melodiach tego roku.

Chodzi mi mianowicie o pewnego francuskiego muzyka Thibaut Berlanda, znanego również jako Breakbot. Ten miły brodacz, który wcześniej słynną z remiksowania innych artystów wydał w tym roku własną, kompletną płytę. Oczywiście uwagę na siebie zwrócił już w 2010 roku, kiedy podczas upalnych dni słuchaliśmy utworu „Baby I’m Yours”. Następnego lata pojawiło się „Fantasy”. W tym roku nie próżnował  i postawił tym razem  na cały album przepełniony fajnymi, gorącymi przebojami.

„By Your Side” to muzyka typowo wakacyjna, jednakże nie jest przeznaczona wyłącznie na imprezy na plaży. Po raz kolejny możemy doświadczyć francuskiej potęgi w tworzeniu dobrej, tanecznej muzyki elektronicznej. Nu-Disco nawiązało do lat 80. Słuchając tych kompozycji możemy usłyszeć Michaela Jacksona, który śpiewa w jakiejś kosmicznej przeróbce Justice i Jean Michel Jarre’a. Ilość utworów o singlowych zapędach jest tutaj na tyle dostateczna, że tak na prawdę hicior goni hicior.

Elektroniczne podkłady ładnie się łączą z bogactwem melodyjnym jakie nam serwuje Breakbot. W tytułowym „By Your Side” gitarka i ten funkowy basik przywołuje nam na myśl nie dawne wyczyny Władka. W „Another” ładne dopełnienie stanowi partia klawiszy i ten charakterystyczny pstryk palcami. Takie piosenki śpiewa się przy zimowym ognisku rozpalonym w koszu na śmieci. Takie „Why” czy też „One Out Of Two” idealnie odnajdą się w tym październikowym powrocie wakacji. Posłuchajcie i jeszcze raz, ten ostatni raz poczujcie ciepłe lato. Ocena: 8/10.

Bloc Party – Four

Bloc Party odstawia syntezatory na bok i wraca do gitarowych korzeni.

Zabawa z elektroniką nie wyszła zespołowi na dobre. Trzeci album grupy z  Essex był porażką. „Intimacy” było zbyt nudne, za głośne i bez „ducha Bloc Party”, który grupa zaprezentowała na dwóch pierwszych krążkach: „Silent Alarm” oraz „Weekend In The City”. Nie zniechęciło to jednak Kele Okereke – lidera i wokalisty zespołu do dalszego eksplorowania i dłubania w elektronice. Jego solowy album „The Boxer” z 2010 roku był czarnym koszmarem dla wszystkich fanów zespołu i Kele Okereke.  Fatalne piosenki łączące techno, elektronikę z popem były tak straszne, że długo nie potrafiłem zapomnieć, że on to robi naprawdę na poważnie.

W związku z złą passą zespołu niespecjalnie czekałem na kolejne wydawnictwo. Do przesłuchania przekonał mnie argument powrotu na starą, dobrze znaną wszystkim drogę muzyki opartej na sile gitary i energicznej perkusji. To był dobry krok. „Four” to w miarę dobry album. Jego najważniejszą wadą jest fakt, że brakuje tutaj czegoś świeżego. Jednak biorąc pod uwagę ich próby eksperymentowania to może nawet dobrze? Cały album został oparty na rozwiązaniach dobrze znanych z debiutu zespołu. Kompozycje zawarte na „Four” momentami wydają się być kopiami piosenek z „Silent Alarm”. Jest to dość poważna sprawa, gdyż zespół powoli wchodzi w etap samo-kopii.

Jednak da się zauważyć i plusy. Jest tutaj dość sporo dobrej energii, która może zapowiadać dalszy, właściwy rozwój Bloc Party. A tego chyba wszyscy chcemy. Ja chcę szczególnie. Mam taki mały sentyment do tego zespołu, który sprawia, że trzymam za nich kciuki. Poza pozytywną energią wyróżnić należy fakt, że płyta stoi na równym poziomie. Nie jest oryginalna, ale nadrabia przyzwoitymi kompozycjami, które idealnie pobudzają umysł z rana. No i po raz kolejny wspomnę to, że Matt Tong jest G-E-N-I-A-L-N-Y-M perkusistką!

Jeżeli nie macie nic ciekawego w tym momenciu do posłuchania podczas porannej rozgrzewki to serdecznie polecam najnowsze Bloc Party. Ocena: 6/10.

Misja Afganistan

Lubicie polskie seriale? Jeśli tak to w najbliższą niedziele swoją premierę telewizyjną będzie miał nowy serial wyprodukowany przez Canal Plus „Misja Afganistan”.

Być może będzie to serial przełomowy, gdyż jak sami twórcy o nim mówią: „postawiliśmy na realizm”. Czyli obserwowanie reakcji żołnierzy i przyswojenie przez aktorów wszelkich zachowań ze środowiska wojskowego. Ponadto klimatyczna muzyka w tle. Brzmi ciekawie, gdyż polskie seriale i realizm to zawsze dwie osobne sprawy. Poza tym produkcje Canal Plus zawsze stały o ten jeden poziom wyżej.

Klika słów o fabule. 13-odcinkowy serial „Misja Afganistan” przedstawia pół roku z życia polskiego kontyngentu na misji. Pokazuje, na czym polega praca żołnierzy, jak wygląda ich życie w afgańskiej bazie, z jakimi wyzwaniami muszą się zmierzyć i jak silnych emocji doświadczają. Historia opowiada o żołnierzach II plutonu pierwszej kompanii piechoty zmechanizowanej z Wędrzyna, pod dowództwem młodego oficera – porucznika Pawła Konaszewicza (Paweł Małaszyński).

Pierwsze dwa odcinki zostaną wyemitowane 14 października na Canal Plus i co najważniejsze nie będą zakodowane.