Off Festival 2012

Kolejna edycja OFF Festivalu już za nami. Tegoroczny Off był moim piątym i niestety chyba najgorszym jak do tej pory. Oto relacja z trzydniowego święta muzyki alternatywnej.

Pierwszy dzień rozpocząłem od wizyty w Namiocie Trójki, gdzie grały Nerwowe Wakacje. Twórcy zeszłorocznej, kapitalnej płyty „Polish Rock” pomimo skwaru panującego w namiocie dali fajny i odświeżający występ. Scena ozdobiona dmuchanymi rekinami przywoływała w moim umyślę świeże wspomnienia z Łeby, natomiast wykonanie live „Superman is dead”, „Dangerous” oraz „Wpół drogi” tylko podniosło moją ocenę dla tego występu. Cieszę się, że wystąpili w tym roku w Katowicach, zwłaszcza, że OFF od paru lat śmierdzi jednymi i tymi samymi polskimi kapelami. Następnie udałem się pod scenę główną by zobaczyć co zaprezentuje Kurt Vile and Violators. Jednak zanim na dobre się rozkręcił przegrał u mnie w batalii z strefą gastronomiczną. Kiełbaska już powoli stygła.

Iggy Pop

Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb mogłem dalej realizować swój offowy plan. Z ciekawości zaszedłem zobaczyć występ grupy Converge. Niemal legendarny, hardkorowy  zespół dał świetny, energiczny oraz żywy występ. Mimo, że większość publiki była tam tylko z ciekawości to dało się poczuć energię tkwiącą w tych utworach. Poza tym lider i wokalista grupy Jacob Bannon robił wszystko by nikt nie nudził się pod sceną. Dodatkowo grupa zagrała kilka, nowych utworów z wychodzącej na jesień płyty. Następny w kolejności był występ Chromatics. Na ten koncert liczyłem od samego początku. Po nieustannym słuchaniu ich najnowszego albumu „Kill For Love” i zapoznaniu się ze starszymi dokonaniami oczekiwania były dość duże. Niestety skończyło się na małym niedosycie. Może to wina tego, że o tak wczesnej porze musieli grać swoje typowo nocne i transowe utwory? Może (a nawet na pewno!) scena namiotowa była za mała na ten spektakl? Pytań jest sporo, ale pomimo to miło było usłyszeć tak rewelacyjne utwory jak „Lady” czy też „Running Up The Hill”.

Niesprzyjająca pogoda nie pozwoliła mi zobaczyć od początku koncertu Death In Vegas. Może to i dobrze? Zwłaszcza, że Richard Fearless oraz Tim Holmes to co najlepsze zostawili  na koniec. Kończące występ  „Hands Around My Throat” dało mi sporego kopa i zastrzyk energii na najbliższe kilka godzin. W czasie kiedy większość oglądała popisy Charles’a Bradleya na scenie głównej lub zajadała szaszłyki, na scenie namiotowej miał miejsce bardzo przejmujący i wyciszający koncert duetu King Creosote & Jon Hopkins. Dwójka Szkotów przy pomocy klasycznej gitary i fortepianu wytworzyła uroczą atmosferę. Namiot w tym czasie stał się centrum wypoczynku, relaksu oraz refleksji. Dychneliśmy sobie głęboko. Przechodząc obok sceny leśnej na chwilę przystanąłem by zajrzeć co zaprezentuje Mazzy Star. I mimo, że w tym czasie amerykański zespół grał jeden ze swoich najlepszych kawałków to nie potrafił przekonać mnie bym pozostał dłużej.

Baroness

Parę minut po północy rozpoczął się koncert gwiazdy dnia, którą był angielski band Metronomy. Wybór dość dziwny, ale trafny marketingowo bo na ich występ czekało wiele młodych osób. Grupa, która tak naprawdę swój sukces zawdzięcza ostatniej płycie „The English Riviera” stworzyła fajny, taneczny występ, który chyba każdemu zleciał bardzo szybko. Metronomy punktowało piosenkami z ostatniego albumu, jednak kiedy pojawiały się starsze utwory emocje troszkę opadały. Pomimo to każdy patrzył na nich przychylnym wzrokiem, bo w końcu oni jako jedyni na tym festiwalu byli jakąś świeżą gwiazdą. Dodatkową uciechą był fakt, że od wokalisty dowiedzieliśmy się o pierwszym złotym medalu w Londynie. Było kolorowo, było słodko, było fajnie. Czekamy na kolejny występ w Polsce. Po Metronomy udałem się na swój debiut na scenie eksperymentalnej. Duży plus, że postanowiono ją bardziej przewietrzyć niż namiot Trójki, ale ta scena wciąż jest za mała. Na Shabazz Palaces stawili się nie liczni, większość wybrała Atari Teenage Riot. Przyznam się, że troszkę więcej się spodziewałem po Shabazz Palaces. To nie był typowy hip-hopowy koncert, ale to nie jest również typowy hip-hopowy zespół. Było bardzo minimalistycznie. Zmęczenie nie pozwoliło mi wytrwać do końca, ale mimo to byłem zadowolony, że udało mi się zobaczyć dość sporo koncertów.

Dzień drugi rozpocząłem później od piątkowego ze względu na mobilizację związaną z MF Doom’em. Pierwszym koncertem tego dnia był występ amerykańskiego, punk’owego zespółu Pissed Jeans. Występ na scenie eksperymentalnej dla tej grupy o tak wczesnej porze był małym nieporozumieniem, co zarówno podzielał sam zespół. Bo cóż takiego eksperymentalnego jest w zwykłym graniu punka? To był bardzo prosty, głośny i energiczny koncert. Publika najbardziej ożywiła się podczas odgrywania oficjalnego motywu Offa, czyli „Fales Jesii Part 2”, jednak i pozostałe kawałki zachęcały do szalonego skakania w tłumie. Można śmiało stwierdzić, że ten występ dosypał do pieca jakim podczas tych czterdziestu-paru minut stał się namiot sceny eksperymentalnej. Następni w kolejności czekali muzycy z Baroness. I tutaj niestety musze popsioczyć troszkę. Już nie chodzi o scenę i porę grania, które były dobre. Chodzi o nudy jakie zaserwowali nam Ci kolesie. Przez cały występ nie potrafili rozruszać ludzi. Powstał mały piknik na koncercie grupy metalowej, to ogromny cios w policzek. Słabiutko. Szkoda, że nie wybrałem w tym czasie Dominique Young Unique.

The Antlers

O wiele lepiej zaprezentowała się angielska formacja The Wedding Present, która odgrywała na scenie leśnej w całości materiał ze swojego opus-magnum „Seamonsters”. Mimo, że nie spodziewałem się niczego wielkiego to zespół zaskoczył mnie swoją niespotykaną energią. Przeprosili za swoją 27-letnią nie obecność w Polsce, ale to nie szkodzi. Warto było czekać tyle lat na TAKI występ. Po kolei odgrywane utwory z „Seamonsters” same zmuszały nogę do tupania a rączki do klaskania. Zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Po tym występie zrobiłem sobie przerwę. Zignorowałem koncert Thurstona Moore’a solo, gdyż mam jeszcze świeże wspomnienia z spektaklu Sonic Youth z 2007 roku, nie chciałem sobie tego popsuć. Jednak The Antlers już nie pominąłem. Ze względu na małą ilość fajnych debiutów na Offie w tym roku, cieszyłem się ogromnie, że wystąpią na scenie leśnej. Zwłaszcza, że bardzo mi się podoba ich płyta „The Burst Apart”. Mimo, że nagłośnienie tego gigu było fatalne to nie przeszkadzało mi to w chłonięciu magicznych, rozbudowanych utworów The Antlers. Widać, że chłopaki są bardzo nieśmiali i generalnie nie klei im się gadka do publiki, jednak czarowali brzmieniem. Na żywo ta płyta brzmi jeszcze lepiej.

Po The Antlers nastał koncert całego Offa, na którego chyba każdy czekał. Miał wystąpić słynny Iggy Pop ze swoim zespołem The Stooges. Mimo, że mało kto słucha ich płyty i mało kto zna coś innego od „The Passenger” to każdy kojarzy blond szaleńca bez koszulki. Podziwiam Iggy’ego, że mimo 65 lat na karku wciąż zachowuje się jak młodzieniaszek. Zespół zagrał tak, by się spodobało publiczności. Czyli nie zabrakło motywów z tańczeniem na scenie przez grupkę wybrańców z pierwszych rzędów, podchodzeniem do publiczności i przekazywania im mikrofonu. Sam Iggy skakał, pluł, przeklinał, krzyczał, robił te swoje miny oraz  w  pewnym momencie zniknął ze sceny. Podejrzewałem, że już nie wróci, że po raz kolejny wywoła skandal. Jednak wrócił a na sam koniec zaserwował wszystkim ten wyczekiwany „The Passenger”, bez którego w zasadzie ten koncert może i nawet lepiej bym odebrał.

Ostatnim koncertem tego dnia były hip-hopowe zmagania legendy gatunku MF DOOM’a. Nie oczekiwałem, że przebije Raekwona z 2010 roku, ale nadzieje były mimo to dość spore. I było smerfastycznie. Doom wraz ze swoim „niewidzialnym DJ’em” przeplatał klasyczne kawałki z „Operation Doomsday” z tymi nowszymi. Proporcje były idealne. Doom droczył się z publiką, dowcipkował, nauczył się słowa piwo, skleił parę żółwików i prawie wskoczył w tłum niczym rockman. Był tego wieczoru w formie. Panie Rojek za rok chcemy Ghostface Killah! Drugi dzień dobiegł końca.

Thurston Moore

Trzeci dzień nie zapowiadał się tak okazale pod względem koncertów jak poprzednie, jednak to trzeciego dnia udało mi się zobaczyć najbardziej egzotyczny występ tej edycji. Mowa o Group Doueh, która przyjechała do Katowic prosto z Zachodniej Sahary. Tego typu akcenty zawsze są dużym plusem każdego festiwalu. Obcowanie z inną muzyką niż tą „zachodnią” naprawdę rozwija horyzonty. Poza tym szacunek dla gitarzysty, który chyba ze pół występu trzymał gitarę za głową. Następnie postanowiłem się wybrać na leśne disco przy dźwiękach Dam Funk. Damon G. Riddick, który stoi za tym projektem jest współczesnym Barry’m White’em. Dosłownie. Godzina tego występu to było istne taneczne szaleństwo przy dźwiękach bałnsującego Dam FunK. Przez moment smutne Katowice zamieniły się we słoneczną Kalifornię. Była magia. Po koncercie Pan Riddick nie potrafił się rozstać ze publicznością i postanowił każdego porządnie przytulić. Fajny z niego gość. Ale dość tych czułości, trzeba pędzić pod scenę główną gdzie grają Battles. By określić jednym słowem ten występ trzeba by powiedzieć, że było bardzo… matematycznie. Precyzja, brzmienie, pewnego rodzaju surowość, najlepsze efekty wizualne stworzyły niepowtarzalny klimat pod główną sceną. Poza tym podziwiam perkusistę Battles, to co on wyczyniał przez tą godzinę wprawiało w zachwyt. Chyba cały występ patrzyłem tylko na niego i ten jego fikuśnie ułożony zestaw perkusyjny z talerzem na wysokości dwóch metrów.

Tego dnia udało mi się jeszcze zobaczyć fragment występu Stephena Malkmusa wraz ze zespołem The Jicks. Mimo, że te piosenki generalnie dupy nie urywają to grzechem byłoby nie zobaczyć chociaż przez chwilę legendarnego frontmana Pavement. Ostatnim koncertem dla mnie tego dnia był występ w namiocie grupy Iceage. Duńczycy zaprezentowali się bardzo.. głośno. Była punkowa rebelia w stylu Kopenhagi, był hałas i był to zdecydowanie najbardziej energiczny występ tego Offa. Jednak nie można było tego odczuć w pełni, gdyż scena namiotowa w tym czasie była niemal pusta ze względu na nudne Swans.

Kilka słów podsumowania. Poważnie martwię się o przyszłość tego festiwalu. Tegoroczna edycja prawdopodobnie była najgorszą na której było dane mi być (OFF 2009 także walczy o to miano). O ile Artur Rojek już rok temu trosze spuścił z tonu po fenomenalnym Offie w 2010 to w tym roku całkowicie zaserwował nam przebitego kapcia. Dużym problemem tego festiwalu było pójście w stronę starszych kapel z niemal całkowitym pominięciem młodych, energicznych debiutów. To był OFF nazwisk, jednak w tym przypadku to wyglądało tak jakby podano nam w barze Polococtę zamiast oryginalnej Coca Coli. Thurston Moore i Kim Gordon osobno nigdy nie będą jak Sonic Youth. Poza tym OFF Festival przyzwyczaił mnie do tego, że zawsze mam dylematy koncertowe. Wybrać występ Clinic czy może iść na Caribou? W tym przypadku dylemat był jeden: iść na piwo czy iść się nudzić pod scenę? Poza tym dobór scen i pór zepsuł wiele dobrze zapowiadających się występów.  No i na koniec coś co mnie boli już od paru edycji, jednak w tym momencie już nie mogłem tego zdzierżyć. Czy naprawdę nie ma innych polskich artystów niż Ci co są niemal na każdym Offie? Dlaczego zabrakło Izy Lach a po raz kolejny scenę główną zmarnowaną na nudną Nosowską? Dlaczego zabrakło świeżych punkowych debiutów The Kurws lub Gówno a zaserwowano nam po raz kolejny zjadające swój własny ogon Cool Kids of Death. Nie piszę tego specjalnie, nie chcę nikomu dowalić, nie mam zamiaru hejtować ani napinać się jak wielu hipsterów uważających się za znawców. Ja po prostu się martwię. Lubię ten festiwal i chciałbym by kroczył drogą światła. Mam nadzieję, że za rok o tej porze będę pisał relację z Offa z wypiekami na twarzy. Tego sobie i Wam życzę.


Advertisements

12 uwag do wpisu “Off Festival 2012

  1. No tak —moje uczucia są identyczne. Wyrwałeś mi z końca języka, co chciałam o tym festiwalu powiedzień. Martwimy się już we dwójkę.
    Elle.

  2. OFF…bo są miejsca do ktorych warto powracac, ktore sa tradycja co roczną.Na offie bylam po raz pierwszy i raczej nie ostatni.Pomimo,ze off to miejsce gdzie przede wszystkim nalezy nastawić uszy ja „nastawiałam” OOczy na tysiące różnych kolorowych i czarno-białych ludzi. Dopiero poźniej pojawił się dźwięk…bardziej lub mniej wpadający w ucho.Tam odkryłam,ze jeśli grający zespół ze swoimi dźwiękami i wokalem nie zachwyca nas nawet w najmniejszy sposób to warto zamknąć uszy a otworzyć OOczy i spojrzeć na to co dzieje sie na scenie. Na spoób jaki muzycy przezywają to co robią, w jaki sposób obchodzą się ze swoimi instrumentami.Bo gdy oni sami bawią się dobrze przy swojej muzyce, to na pewno znajdą kogoś kto z nie tylko z otwartymi oczami ale i uszami wysłucha ich muzyki od pierwszego dźwięku.Z całego niedzielnego dnia takim muzykiem był Dam Funk. Tutaj zarówno dobrze się słuchało i patrzyło na radoście balansującego na scenie kolegi z dalekich stron.
    Sama wyprawa na tego rodzaju festival była dla mnie nie małym wydarzeniem do ktorego podchodziłam z lekkim przerażeniem;)) (przede wszystkim obawą przed tym,że się zgubię:p albo moi towarzysze wyprawy pochłonięci koncertami o mnie zapomną)
    Zaś klimat jaki stwarzała grupa Group Doueh na katowickich polach potęgował we mnie ciekawośc co bedzie dalej…nasuwało sie pytanie KTO tu jeszcze wystąpi??!!Dziś myślę,ze gdyby moi koledzy nie zostawili mnie samą na tym koncercie,na małej trojkatnej szmatce, to lepiej bym wspominała te grupę.Chętnie bym stanęła i pokiwała głową i potupała nóżkami w rytm muzyczki.Nie czesto ma się okazję bawić do spiewu grajków z zachodniej Sahary.
    Był to mój pierwszy koncert jaki mialam okazję zobaczyć na tak wielkim festivalu.Drugim koncertem był występ Dam Funk’a który oceniam najbardziej pozytywnie. Za równo pod wzgl muzyki jak i otwartego sposobu bycia wokalisty.Wysoką ocenę tego koncertu przeze mnie można upieczętować tym,iż nie chicało mi się siedzieć na trójkatnej szmatce gdy on był na scenie. Zespół Battles był trzecim koncertem jaki wysłuchalam na festivalu. Pomimo dość mocnego brzmienia byłby dla mnie świętną kolysanką do snu.Najlepiej słuchało sie ich na siedząco zajadając coś dobrego. Również plusem była już dośc pożna pora koncertu i gwieździste niebo.Mysle ze gdyby tego nie bylo ponudzilambym się.Iceage Iceage Iceage Iceage Iceage Iceage!!!!Mój ostatni koncert na Offie 2012…do dziś dnia słyszę ich mega mega głosnie brzmienie – chyba za głosne bo rzadko dalo sie uslyszeć głos wokalisty. Ogolnie muzyke oceniam pozytywnie ale słuchając jej z rekami na uszach w celu wyciszenia za głośniego brzmienia.

    Rereasumuje ten Festival nie jako kolejny OFF roku 2012 ale jako moj pierwszy OFF. Nie mogę porównac do wczesniejszych lat.Dlatego nie bede podsumowywała czy A.Rojek postarał się w tym roku czy nie.
    Najwiekszym minusem byly dla mnie plastikowe toalety za ktorymi nie przepadam.Ale gdzie ich w dzisiejszym świecie nie ma:P Chcialambym jeszcze moc kiedys odzwiedzic to miejsce podczas festivalu. Mam nadzieje ze za rok znowu zaloża mi kolorową opaskę z napisem OFF 2013. I potuptam z usmiechem przez katowickie łąki od sceny do sceny.Bo to ludzie tworzą magię miejsca dlatego warto nie być tam samemu. !!!!Warto przemycić kilka darmowych napoi,żeelki,draże i precelki!!!! Byśmy wrócili tammm za rok.
    O.F.F. – Ogromnie.Fajny.Festival.
    c.c;))

  3. Piotrze, niestety musiałem odpuścić ten koncert ze względu na wczesną porę. Do wyboru miałem dwie opcje: wczesny start i wczesny koniec festiwalu bądź późniejszy start i późniejszy koniec. Wybrałem to drugie, gdyż zależało mi na wieczornych koncertach. Z debiutem Fanfarlo będę musiał jednak zapoznać się w domu 😉

    Mawglii. To chyba najdłuższy komentarz w pięcioletniej historii tego Bloga;) Dzięki za wyczerpująca relację 🙂 Wspomnienia debiutanta offowego lepiej się czyta niż stękanie takich starych wyjadaczy jak ja 🙂 Dużo w tym pozytywnych emocji, aż przypomniała mi się moja pierwsza relacja z mojego pierwszego wielkiego festiwalu. Mam nadzieje, że w 2013 roku będzie równie fajnie, ale z większą ilością żelków, na czymś wygodniejszym niż mały trójkącik i przy ciut lepszych zespołach 🙂

  4. Do-> Mcgregor2
    Owszem Paweł chciał zobaczyć jak gra Fanfarlo ale siły wyższe mu na to nie pozwoliły:)Innym razem na pewno by dotrzymał słowa,ale nie zalezało to od niego.
    pozdrawiam.

  5. Moze i masz racje ze wszystko co pierwsze wywołuje najwiecej przezyć. Ale dla mnie jakiekolwiek wieksze wydarzenie anizeli festyn wiejski wywołuje duzo emocji a wczesniej przygotowań.
    Ale bylo fajnie i nastepnym razem jak zobacze Rojka to przybije mu ‚piontkę’.

    MvK.

  6. Zgadzam się że w tym roku było dużo gwiazd , choć to fajnie zobaczyc Iggy Popa czy Atari Teenage Riot, bardzo czekałem na Swans uwielbiam ten zespół lecz na koncercie wytrzymałem może z poł godziny bo po prostu był nudny.To mój 5 off dla mnie najlepszy był 2009 (Micachu,Monotonix,) ale już żygam na ofie Janerką,Nosowską,Cool Kids of Death,…. no i ceny są zabójcze w porównaniu do ilośći (zimna,stara kiełbasa 12 zeta) ale jedno jest na dużyyyyyy plus ….Ochrona , chyba wychowaliśmy ją wreszcie jest już prawie ok (poza małym incydentem , troche cykam fotki więc wziąłem obiektyw 200mm , zgodnie z regulaminem , gra Iggy więc cykam sobie fajnie aż tu nagle podczas ostatniego numeru ten obiektyw nagle przeszkadza ochronie która stała koło mnie cały koncert! tłumaczę że tak jest w regulaminie ale oni zawsze wiedzą lepiej i h…chcieli mi wyszarpac z dłoni na szczeście jakaś laska wirowała w powietrzu i zajeli się nią a ja chodu….:)

  7. To już druga edycja kiedy ochrona w końcu przestała przeszukiwać każdą kieszeń w poszukiwaniu bazuki. To zdecydowanie na plus. Co do cen to całkowicie się zgadzam, ale takie są festiwalowe realia. Dlatego polecam przemycać swoje własne jedzenie 😉 Poza tym z tymi kuponami osobnymi na piwo i jedzenie przesadzili.

  8. I jeszcze jedno , ja wiem że sponsorzy dają kase to muszą też być na festiwalu , ale ta budka Conversa to już przegięcie , choć może już stary jestem i nie łapię się juz na takie coś bo dla nieco młodszych to była fajna zabawa , choć m Bank wydaje się nie ingerowac zbytnio ( w stylu; bądż wolny pij pespsi) no ale w końcu pijarowcy też muszą z czegoś żyć.A co do jedzenia to jak najbardziej przemycam , generalnie jest ok byle nie było gorzej:) W Mysłowicach wyrzucili mi do kosza kabanoski a jakimś laskom lakier do paznokci, bo przecież mogły by zabic nim 2 metrowego ochroniarza. Tak czy owak ochrona sie bardzo poprawiła.

  9. a mi się wydaje, że to tylko kwestia czasu aż płacić będzie można tylko kartami zbliżeniowymi mBanku 😉 Na to już nic nie poradzimy. Szkoda tylko, ze w tym roku zabrakło gry w piłkę, siatkówkę itd.

    P.S. kabanoski?!? wielka strata, dobrze, że ochrona już nie robi takich rzeczy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s