Zaległości z roku pańskiego 2011

Jak zwykle rok jest za krótki by napisać o tym wszystkim co bym chciał. Wiele płyt nie zdążyłem zrecenzować, wiele nie poznałem a niektóre były za słabe by o nich pisać (Nie chce mi się już znęcać nad płyciznami). Tak więc by zamknąć tą kwestię postaram się w paru zdaniach napisać o paru albumach z poprzedniego roku, które należałoby poznać zanim przejdziemy do zasłuchiwania się w nowościach.

The Horrors – Skying. Zespół straszydeł ubrany w zbyt ciasne spodnie po raz kolejny wydał dobry, równy album. Wydaje mi się nawet, że najlepszy jak do tej pory. Podoba mi się droga, którą obrali. Jest bardziej mrocznie, duszno i psychodelicznie . Warstwa muzyczna jest bogata, gitary, klawisze i perkusja zostały wzbogacone o rożne dźwięki trąbek itd. Droga rozwoju jest zdecydowanie lepszym wyborem niż zejście na manowce w poszukiwaniu mamony i poklasku. A pomyśleć, że kiedyś myślałem, że to kolejny angielski indie band z doczepionym The i ‚s  w nazwie. Dodatkowo image zespołu nie jednego zdemobilizował do przesłuchania ich twórczości. Każdy popełnia błędy, jednak nie popełnijcie go Wy. The Horrors to porządny, klimatyczny zespół nagrywający intrygująca muzykę. Warto wsłuchać się w Skying i wyłapywać te wszystkie inspiracje psychodelicznymi zespołami z lat 70. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Wilco – The Whole Love. Niemal legendarne Wilco wróciło w poprzednim roku z dość fajnym, miłym w odbiorze albumem. Już sam opener The Whole Love udowadnia, że będzie dobrze. Początek niczym jak z In Rainbows, później wchodzi nieco popu by wyjść z tego niezłe, ostre, punkowe zakończenie. Po świetnym początku przechodzimy jednak to chleba razowego w wydaniu Wilco. Dalej jest ładnie, przyjemnie, momentami cukierkowo, momentami kwaśnie. Generalnie dobrze się tego słucha. Jednak od zespołów wydających płyty dziejowe zawsze wymaga się troszkę więcej. A to przecież Wilco stoi za „Yankee Foxtrot Hotel”. Na „The Whole Love” nie brakuje spokojnych, akustycznych gitarowych ballad („Black Moon”, „Rising Red Lung”) oraz bardziej energicznych utworów („Born Alone”). Całość wieńczy 12-minutowy „One Sunday Morning (Song For Jane Smiley’s Boyfriend)”. Mimo, że zespół prochu już raczej nie wymyśli to realizuje swój sprawdzony sposób na nagrywanie, równych, dobrych płyt. Ocena: 6/10. Posłuchaj.

James Blake – James Blake. Młody Anglik, który w świecie muzyki debiutował dwa lata temu przy okazji wypuszczenia singla „Air & Lack Thereof” dopiero na początku lutego 2011 zaprezentował się pełnym albumem. Płyta nazwana po prostu „James Blake” łączy w sobie elementy popu wymieszane z elektroniką i dubstepem. Dość minimalistyczne podejście do muzyki oraz pójście śladami Junior Boys w kierunku smutnego popu opłaciło się. Eksperyment o nazwie James Blake wypalił. Blake odrobił lekcje z dyskografii Radiohead, Bon Iver (udzielał się wokalnie na płycie) czy Destroyer bo elementy twórczości tych artystów słychać wyraźnie na tym trwającym 38 minut krążku. Mimo, że nie lubię dręczyć umysłu zbyt depresyjnymi nutami to Jamesa Blake’a słuchałem dość często w ciszy, spokoju, w samotności. Inaczej z tym artystą nie można obcować, tylko podczas późnych pór i gęstej mgły, którą czuć w każdym utworze. Polecam. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Fucked Up – David Comes to Life. Nie tylko David, ale cała ekipa Fucked Up wraca do życia wydając świetny, energiczny album. Co do energii zawartej na płycie to  nie powinno być żadnych zastrzeżeń. Jest to kontynuacja tego co usłyszeliśmy na The „Chemistry of Common Life”. Charyzmatyczny Pink-Eye wydziera się przy dźwiękach indie-punkowych brzmień gitar i niestrudzonej perkusji. Tradycje rozpoczęte przez legendy hardkoru zostały przy życiu w troszkę zmienionej formie. Co odróżnia to granie od innego demonicznego rocka? Fucked Up to nie jest zespół gdzie gra się wszystko na jedno kopyto, to nie jest zwykłe walenie w talerze i szarpanie strun. W tym całym anarchicznym chaosie słychać to „coś”. Mimo, że momentami pojawiają się dłużyzny i 18 piosenek to o dwie za dużo to polecam ten album. Konsekwencja to najważniejsza cecha Kanadyjskiego zespołu. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Łona i Webber – Cztery i Pół. Raper ze Szczecina to ten typ kolesia, który nie nagrywa po prostu rzeczy słabych. Na polskim rynku zdołał się już wyróżnić stabilnością poziomu swoich wydawnictw. Cztery i Pół to również dobry, równy album. Mimo, że daleko mu do wcześniejszych płyt Łony to warto wsłuchać się w nawijkę Zielińskiego do dość topornych bitów Webbera. Tradycyjnie Łona krytykuje różnorakie aspekty życia społecznego a historie, które opowiada nie nudzą a wciągają. Mimo, że wszystko raczej powinno być na półserio to Łona wydaje się być całkiem poważny udzielając uwagę babci by założyła konto bankowe online. Natomiast promujący całość „To Nic Nie Znaczy” jest ciut dla mnie przekombinowany. Na uwagę zasługuje klimatyczny „Nocny Ekspres” oraz „Kaloryfer”. „Nie Ma Nas” brzmi jak tribute dla zeszłorocznego Mesa a „Kończ Te Rozmowę” pokazuje, że mimo tego całego kryzysu jest dalej z czego się pośmiać. Co więcej? Pamiętajcie o urodzinach swojego dziesięć. Ocena: 6/10. Posłuchaj.

Toro Y Moi – Underneath The Pine. Chaz Bundick nie odpuścił i w roku 2011 również wypuścił, świetną płytę. Nie traci pędu a rozpędził sie chłopak dość szybko. Wszyscy trzymają za niego kciuki, słuchacze, redaktorzy niezalowych serwisów itd. Kto się nie zachwycał debiutanckim „Causers Of This”? Chyba wszyscy ogarnięci w temacie. No a chillwave stał się już nie tylko ulubionym gatunkiem muzycznym każdego szanującego się hipstera i entuzjasty muzyki, ale i pewnego rodzaju stanem umysłu. Wracając jednak do Toro Y Moi i drugiego albumu. Lepszy? Gorszy? Ciężko powiedzieć. Na pewno na tym samym, równym poziomie. Bundick nie dał się syndromowi drugiej płyty i poszedł za ciosem. „Underneath The Pine” to fajny, luzacki album. Hipnotyzujące melodię tutaj łączą się z prostotą brzmienia. Tak dobrych motywów nie usłyszymy na żadnej innej płycie, Chaz wydaje się być genialnym umysłem układania układanek. Z kilkunastu elementów potrafi ułożyć rewelacyjny, kolorowy obraz, który potrafi zadziwić. Ocena: 8/10. Posłuchaj.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Zaległości z roku pańskiego 2011

  1. Z powyższych wymienionych płyt co prawda znam tylko jedną, ale dośc bardzo dobrze. Oczywiście mowa o Ł.O.N.A. i Webber.
    I nie uważam, że tekst „To nic nie znaczy” jest przekombinowamy, wręcz przeciwnie. Pokazuje w sposób zabawny absurdy dzisiejszego społeczeństwa. Chyba każdy z nas jechał kiedyś tramwajem i ‚zdobył’ choć jednego śiniaka po przejażdzce;-))

  2. dobre podusmowanie roku. dla mnie odkryciem (i teraz bedzie skomplikowane) tego roku, płyty tamtego roku, jest The Horrors Skying. Przyznam sie ze nie odsłuchalem poki co od poczatku do konca tej płyty ale uwagę moją przykuł utwór – Still Life oraz Dive In.

    reszte powoli poznaje i przyjemnie trawię

  3. Sieema,
    trafiłem na blog trochę ze chytrości i ciekawości jaką konkurencję ma moj kuzyn,ktory bierze udzial równiez o tytuł Bloga Roku w tej samej kategorii. poki co bede kolowal glosy dla kuzyna ale po roztrzygnieciu konkursu bede tutaj zagladal, poniewaz sam chce utworzyc podobny blog. a twoj jest calkiem nie zly.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s