Muzyczne podsumowanie roku 2011: Płyty

Pora na listę 10 albumów, które moim zdaniem najwięcej wniosły do muzyki i dały najwięcej radości moim uszom. Płyt takich oczywiście było więcej, ale nie chce mi się robić tak rozbudowanych list jak na  Rolling  Stone. Interesują mnie tylko konkrety.

10. The Antlers – Burst Apart. Ranking płyt zacznę od najbardziej klimatycznego i magicznego indie poprzedniego roku. Nowojorski zespół The Antlers postarał się i zaprezentował materiał, który najlepiej jest określić słowami „mistyczny” i „tajemniczy”. Nastrojowe brzmienie gitar dopełnione jest dobrze brzmiącym wokalem. Rozbudowane aranżacje wciągają i co najważniejsze nie nudzą. Dobra pozycja dla fanów Jeffa Buckleya i nie tylko. Jeżeli nie zapoznałeś się z „Burst Apart” to jeszcze nic straconego. Jeżeli chodzi o mnie to takie płyty działają na moją osobę jak lep na muchy. Ciężko przestać mi słuchać The Antlers.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

9. The Weeknd – Echoes Of Silence. Kanadyjski autor zeszłorocznej trylogii ambitnego hip-hopu najbardziej wyróżnił się swoim trzecim albumem wypuszczonym pod koniec roku. „Echoes Of Silence” to powinna być lektura obowiązkowa dla każdego muzyka zabierającego się za r’n’b i hip-hop. W końcu Abel Tesfaye jest uczniem samego Drake’a i wydaje się być kwestią czasu kiedy uczeń pokona mistrza i The Weeknd będzie wyżej notowany w rankingach podsumowujących. Póki co jest dobrze, jak na debiut i ilość wypuszczonego materiału to młody Kanadyjczyk dał radę. Trzy dobre płyty w jednym roku to coś zdumiewającego.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

8. Cold War Kids – Mine is Yours. Do twórczości Nathana Willetta zawsze miałem słabość. Przede wszystkim za rewelacyjny debiut z 2006 roku „Robbers & Cowards”. Na drugim longplayu trochę spuścili z tonu, jednak zeszłoroczny krążek udowadnia, że dalej są w grze. „Mine is Yours” to fajna, piosenkowa płyta z duża porcją smakowitych gitar. Momentami jest patetycznie, ale nie aż za nad to. Dodatkowo po raz kolejny Pan Willett wyróżnił się umiejętnościami tworzenia życiowych tekstów. Trudno było mi odmówić umieszczenia ich na tej liście.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

7. Atlas Sound – Parallax. Ten album jest tak różnorodny, że każdy powinien coś dla siebie znaleźć. Bradford Cox zaserwował nam rożne aspekty swojej twórczości na jednej płycie. No bo jak porównywać do siebie słodko brzmiący „Lightworks” do sennego „Terra Incognita” czy też narkotycznego „Modern Aquatic Nightsongs”? Można sobie tylko zadawać pytanie, czy gdyby album był bardziej wyrównany byłby wyżej w rankingu? Czy byłby po prostu nudny? Nie można jednak odmówić Bradfordowi Coxowi, że posiada unikatowy talent tworzenia dobrych piosenek.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

6. The Diogenes Club – The Diogenes Club. Z Georgiem Michaelem ostatnio krucho, ale mamy przecież The Diogenes Club. Świetne, świeże i pełne życia połączenie popu z muzyką gitarową. Słuchając tej płyty całkowicie się odprężam, a myśli są gdzieś daleko. Bez żadnej napinki, zwykła prostota i chwytliwość tych melodii wystarczają by mnie zrelaksować. Czy też widzicie te różowe chmurki? P.S. Nic nie brałem, wystarczy posłuchać. I want to believe.

przeczytaj recenzję / posłuchaj

5. Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz. Marcin Zagański i reszta wydali w zeszłym roku album wyśmienity. Długo wyczekiwany krążek zaspokoił wszystkie moje potrzeby. Każda minuta na tej płycie ma znaczenie, ma jakiś cel. Styl zespołu nie odbiegł daleko od tego co już było, jest jesienie i depresyjnie z domieszka słodkości. Stąd nazwa „Karmelki i Gruz”. Jest to najczęściej przeze mnie słuchany polski, gitarowy album minionych 12 miesięcy. Teraz już tylko czekamy na jakąś trasę koncertową.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

4. WU LYF – Go Tell Fire To The Mountain. Chyba najoryginalniejszy wokal roku 2011 i jeden z ciekawszych indie rockowych debiutów ostatnich paru lat. Czemu? Brakowało mi takiego zespołu, który zgromadziłby w sobie wszystko co najlepsze z takich kapel jak Wolf Parade, Arcade Fire itd. I jednocześnie bardzo dużo czerpie z dokonań Modest Mouse. Świetne, energiczne, gitarowe nagrania z sensem. Chłopaki udowadniają, że indie się nie skończyło i jeszcze można coś wartościowego z tego gatunku wyciągnąć. Mi się to podoba a wam?

przeczytaj recenzje / posłuchaj

3. Iza Lach – Krzyk. Płyta o której nie wspominałem wcześniej. Teraz nadaje się do tego idealna okazja. Przyznam szczerze, że początkowo zignorowałem fakt, że Iza Lach wydaje nowy album. Dopiero na początku tego roku przesłuchałem „Krzyk” i cóż to byłby za błąd, gdybym to podsumowanie opublikował w grudniu! Drugi krążek Izy to pop spod znaku tego rewelacyjnego. Jest tutaj multum fajnych popowych melodii przyprawionych elektroniką. Charakterystyczny wokal Izy Lach dodaje tej płycie uroku. Te kompozycje są ujmujące nie tylko ze strony muzycznej, ale i także lirycznej. No bo przecież „Najtrudniej jest zobaczyć siebie z drugiej strony”. Jest to z całą pewnością najlepsza polska popowa płyta z zeszłego roku. Niektórzy porównują ją do „Grandy” Moniki Brodki. Jak dla mnie „Krzyk” > „Granda”. To co tu usłyszałem jest po prostu piękne. Brązowy medal dla Izy Lach zasłużony.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

2. Drake – Take Care. Najlepszy album hip-hopowy poprzedniego roku. Drake wydaje się być idealną opozycją do duetu Jay-Z i Kanye West. „Take Care” zachwyciło mnie w 2011 roku świetnymi podkładami, nawijakami prosto z serca, dobrym wyczuciem r’n’b, fajnym klimatem i momentami romantycznym nastrojem. Wczytując się w teksty można dostrzec w nich wiele smutku jak i miłości. Złamane serce nie po raz pierwszy jest tematem płyty genialnej. Bo Drake to artysta genialny co udowadnia w każdym utworze na tym krążku. To jedna z tych płyt, która sprawia nam jednocześnie niezmierną przyjemność w odsłuchu i zarazem wbija nam gwoździe w serce. Wydawać by się mogło, że to sytuacja bez wygranej. Jednak nie. Muzyka tryumfuje.

przeczytaj recenzje / posłuchaj

1. Destroyer – Kaputt. Daniel Bejar za tą płytę powinien stać się człowiekiem roku według Magazynu People, Newsweek, Piłka Nożna Plus itd. Kaputt jest płytą rewelacyjną. Każda minuta wprowadza nas w błogi stan zadumy i latania w chmurach z wielorybami. Świetny nastrój sielanki wytworzony na tych 9 utworach wspomagany przez miłe dźwięki saksofonu i tego wibrującego basu zasługują na duże uznanie. W moim przypadku na najwyższe. Niektórzy narzekają na nudę i nijakość, ja jej nie zauważam. Dla mnie każda minuta spędzona z ta płytą to był czas z przyjemnością spożytkowany. Poza tym gdy myślę o tej płycie i jej słucham to przed oczami mam czarno-biały obraz Jacka Nicholsona, który kręci się po okolicach miasta aniołów (w tym czasie poznawałem legendarny film Romana Polańskiego „Chinatown”). Generalnie senny klimat na płycie idealnie się sprawdza jako valium dla każdego posiadacza kredytu w frankach szwajcarskich.

przeczytaj recenzje / posłuchaj


Reklamy

Muzyczne podsumowanie roku 2011: Single

Muszę przyznać, że w poprzednim roku usłyszałem wiele fajnych piosenek. Zrobienie tego podsumowania nie było łatwe. Oto próba odwzorowania roku 2011 w singlach:

20. Adele – Rolling In The Deep. Mocny, fajny głos Adele, energiczna piosenka i kolejne bite rekordy popularności. Idealna opozycja dla Lady Gagi, która zjada już swój ogon. Mimo, że ma za dużo tych wszystkich speców od marketingu, którzy zupełnie do niej nie pasują to lubię ją a „Rolling In The Deep” to jedna z tych piosenek, która mi się wciąż podoba mimo, że radio wałkuje ją na okrągło.

Posłuchaj

19. Cool Kids of Death – Plan Ewakuacji. Podoba mi się ta nowa odsłona „Kulek”. Bardziej melodyjna i popowa strona im pasuje a „Plan Ewakuacji” udowadnia tę tezę w zupełności. Fajny tekst, dobrze zaśpiewany przez Krzyśka Ostrowskiego plus muzyka a la różowo-gorzkie The Rapture. Brawo.

posłuchaj

18. Uffie – Wordy Rapinghood. Cover piosenki Tom Tom Club w wykonaniu Anna-Catherine Hartley to jeden z fajniejszych cover’ów poprzedniego roku. Odświeżony, energiczny z fajnym „ramciamtamtam” i quasi rapem Uffie. Na zupełnym luzie. Fajne, fajne, czekamy na drugi album.

posłuchaj

17. WU LYF – Cave Song. Wu Lyf to moje ubiegłoroczne odkrycie w rytmach indie rocka spod znaku takich typów jak Wolf Parade. Fajna, gitarowa, momentami patetyczna piosenka z kopem. Rojas wiesz co masz robić.

posłuchaj

16. Iceage – White Rune. Młodziki z Danii ożywiły zeszłoroczną scenkę ambitnego punka. White Rune to esencja żywiołowego, dwu minutowego grania ze świetnym refrenem, ostrym gitarowym riffem i rewelacyjną perkusją. Dobra robota.

posłuchaj

15. Destroyer – Kaputt. Świetny teledysk, ale sama piosenka również dodała wiele miłych wrażeń. W sumie to wszystkie piosenki z najnowszej płyty Destroyer’a zasługują na wyróżnienie, jednak trzeba było wybrać tę jedna „reprezentatywną”. Poczujcie ten smooth klimat i zagłosujcie na tak przy nazwie Destroyer.

posłuchaj

14. Katy B – Broken Records. Pomysłowe połączenie popu z dubstepem, które idealnie odnajduje się na parkiecie. Fajny głos Katy B plus dyskotekowy klimat transu dało nadspodziewany dobry efekt. Mimo, że listy przebojów nie dały jej zbyt dużo czasu na otwarcie oczu ludziom to ja to kupuje.

posłuchaj

13. Neon Indian – Polish Girl. Ciężko by zabrakło w tym zestawieniu Alana Palomo, który tworzy utwory ambitne a zarazem taneczne. ‚Polish Girl” to takie chillwave’owe „Kokomo„. Dodatkowo należy wspomnieć, że to polskie dziewczyny najładniejsze i najfajniejsze są! Neon Indian też docenił.

posłuchaj / wersja z offa

12. Beyonce – Countdown. Beyonce jest chyba jak wino, tendencja zwyżkowa jest u niej widoczna już od paru lat. Tym singlem udowadnia, że piosenkarka z niej nietuzinkowa. Świetny podkład muzyczny plus ta zabawa głosem. Łączy w sobie kontrasty, szkoda tylko, że taki pop nie ma sił przebicia w radiu.

posłuchaj

11. Drake – Shot For Me. Zachwycałem się samym Drake’em całkiem niedawno. „Shot for Me” to dla mnie genialny kawałek o tęsknocie. Dużo uczucia, świetny tekst z frazami typu: „The way you’ve got your hair up: did you forget that’s me?” i generalnie wow, wow. Poza tym ten anielski głos Grahama.

posłuchaj

10. Cold War Kids – Skip The Charades. Z krótkim opisem tej piosenki miałem najwięcej problemów. Wiem, że podobnych utworów jest wiele, jednak dla mnie ten kawałek ma wymiar sentymentalny. Dodatkowo jest fajną piosenką, która dobrze się słucha. Całość oparta jest na cukierkowym, gitarowym motywie i mocnym głosie Nathan’a Willett’a. Wokalista Cold War Kids ma unikatową zdolność do pisania dobrych i życiowych tekstów.

posłuchaj

9. Iza Lach – Nic Więcej. Słodki, charakterystyczny głos Izy + fajny popowy podkład nawiązujący do tej najlepszej strony Cut Copy + świetny klawisz + „Nigdy nie powiesz nic więcej, choćbyś chciał i choć mnie trzymasz na rękę, puścisz i tak.” = rewelacyjna, popowa piosenka ze złamanym serduszkiem w tle. Może „Nic Więcej” nie jest jakieś skomplikowane, ale w prostocie siła. Wiedział to nawet Grzegorz Piechna potocznie nazywany kiełbasą. Trudno nie zauroczyć się w kompozycji młodej mieszkanki Łodzi.

posłuchaj

8. Florrie – Begging Me. Fajny, gitarowy pop z uroczą blondynką na wokalu. Życzyłbym sobie więcej takich piosenek, które zdobywają listy przebojów. Ta piosenka ma wszystko by się podobać: fajny, troszkę naiwny tekst, miły w odbiorze głos Florrie plus tło muzyczne jakby stworzone z połączenia The Strokes z Tears for Fears. <Tupię nóżką>.

posłuchaj

7. Washed Out – Far Away. Najlepszy chyba kawałek spod gatunku chillwave’u, który wypłynął w 2011. Genialny klimat, wokal Ernest Greene’a wydobywający się gdzieś z piwnicy, patetyczne skrzypce i cymbałki. „Far Away” naprawdę sprawia, że odlatujemy gdzieś daleko, daleko. Mój rok 2011 można podzielić na trzy etapy: przed Far Away, Far Away i post-Far Away.

posłuchaj / wersja ze saksofonikiem

6. Jay-Z & Kanye West – Niggas in Paris. Kanye West solo jest rewelacyjny, Jay-Z solo jest rewelacyjny. Więc jaki jest efekt ich współpracy? Jeszcze lepszy. Ci kolesie się dopełniają niczym RUN-DMC, Mulder i Scully czy też Tom i Jerry jednocześnie. Fajny, prosty podkład plus nawijka tych dwóch geniuszy składania trafiających w sedno zwrotek dało ciekawy efekt w postaci „Watch The Throne„. A o tym, że czarnuchy w Paryżu bujają się pokazali ostatnio na jakimś wybiegu mody. Yo.

posłuchaj

5. Juvelen – Make U Move. Ah Jonas Pettersson. Cała Ep-ka Make U Move była bardzo dobra, jednak to „Make u Move” przypadło wyróżnienie ze względu na bogatą warstwę muzyczną, taneczność, dynamikę, miażdżący bas oraz ogólną zajebistość tych 4 minut istnego szaleństwa. No i oczywiście te szepty na początku. Dobry electro-pop jest w cenie, a Szwed robi to doskonale.

posłuchaj

4. Wugazi – Sleep Rules Everything Around Me. Chyba najlepszy mash-up wszech czasów. Pomysł połączenia mojego ukochanego Wu-Tang Clan z moim ukochanym Fugazi był rewelacyjny. Operacja połączenia dała nadzwyczajne efekty a „Sleep Rules Everything About Me” jest wisienką na torcie. Nawijka wyrwana z „C.R.E.A.M.” (hip-hopowy hymn lat 90) z balladą Fugazi (Oni nie grywają ballad) ukazała nową świeżość.

posłuchaj

3. Atlas Sound – Lightworks. Piosenka stworzona jakby od niechcenia. Bradford Cox znany jest z tego, że piosenki pisać umie dobre. „Lightworks” było w poprzednim roku takim puszczeniem oczka. Jest słodko, jest miło i przytulnie. I to wszystko nagrane jakby gdzieś w jakimś garażu. Lightworks wydaje się być raczej utworem o śmierci, aniżeli miłości. „Everywhere I look / There is a light and There’s no pain”, ciekawy kontrast, ciekawe opisanie tego co nieuniknione.

posłuchaj

2. The Rapture – How Deep Is Your Love? W ubiegłe lato przypomnieli o sobie w wielkim stylu wydając, świetny, oparty na prostym klawiszu kawałek w ich stylu. Wszystko co najlepsze z dance-punku zgromadzone w jednym utworze: energiczna perkusja, błyskotliwy basik, banalny klawisz i jak zwykle bezkompromisowy głos Luke’a Jennera wyrzucający z siebie najważniejsze w tym momencie pytanie: How Deep Is Your Love? To była miłość od pierwszego usłyszenia.

posłuchaj

1. Junior Boys – Banana Ripple. Kanadyjski duet przy okazji wydania nowego albumu zapodał miażdżącym system 9-minutowym electro-pop’owym killerem. Junior Boys bardziej popowe ma rację bytu. „Banana Ripple” to dla mnie esencja poprzedniego lata – czyli najbardziej deszczowego i pochmurnego lata ostatnich 20 lat. Smutne disco w ich wykonaniu świetnie sprawdza się w każdej sytuacji a ciągłe powtarzanie „no You never” przyprawia o tak zwane ciary na plecach.  A wszystko oparte na prostych, lecz jak wciągających hookach. I najważniejsze spostrzeżenie, ten kawałek im dłużej trwa to tym większej nabiera mocy, rozkręca się ze sekundy na sekundę. Owacje na stojąco.

posłuchaj

Muzyczne podsumowanie roku 2011: Wydarzenia

Pora na najciekawsze wydarzenia mijającego roku. Przyjrzyjmy się jakie historie, koncerty i zachowania najbardziej nas w poprzednim roku wzruszyły, poruszyły, zadowoliły lub zasmuciły.

Zacznijmy od koncertów, które w 2011 roku zbudziły najwięcej emocji i zaciekawienia. Oczywiście mowa będzie tylko o gigach mających miejsce w Polsce( Póki co na Primaverę do Hiszpanii się jeszcze nie wybieram).

Po pierwsze wiosenny występ Sufjana Stevensa w Warszawie. Niestety nie byłem uczestnikiem tego wydarzenia, jednak po tym co zobaczyłem w internecie jest czego żałować. Show na miarę Flaming Lips (kolorowa oprawa, konfetti itd.) z taneczną muzyką a la Sufjan. „Do You wanna Dance”? Czekam na następny występ w Polsce, tym razem nie odpuszczę. Duża część koncertu do obejrzenia tutaj. Po drugie Prince na Openerze. Z przykrością muszę stwierdzić, że Open’er 2011 > OFF Festival 2011. Prince jako headliner przebija wszystko co Rojek skołował na Katowicki festiwal muzyki alternatywnej. Kto by nie chciał posłuchać epickiego „Purple Rain” na żywo w wykonaniu legendarnego Prince’a? Po trzecie OFF Festival 2011. Mimo, że wydaje się jakby było gorzej niż w poprzednim roku to w sumie wciąż ten festiwal jest ogromnym wydarzeniem na którym trzeba być. A w tym roku nie zabrakło ciekawych zespołów takich jak Neon Indian, Junior Boys, Destroyer czy też Deerhoof oraz wyjadaczy pokroju Primal Scream i Gang of Four. Po czwarte Ringo Starr w Warszawie. Beatlesi nigdy nie pojawili się w Polsce, ani razem, ani osobno. Do tej pory. Pomijając ogromne ceny biletów i fakt, że Ringo grał głównie swoje łagodnie mówiąc „średnie” piosenki to warto było być w Warszawie i usłyszeć „Act Naturally”, „I wanna By Your Man” oraz „With A Little Help From My Friends”.

Pod koniec roku 2011 mieliśmy okazję zobaczyć koncertowy powrót legendarnej grupy Lenny Valentino. Rojek i reszta spółki wróciła na scenę ze względu na reedycje płyty „Uwaga! Jedzie Tramwaj”. Szkoda tylko, że swoją obecnością nie zaszczycili Ślązaków. Swoich fanów zasmucili za to R.E.M., LCD Soundsystem oraz The White Stripes. Tych zespołów nie usłyszymy prędko a być może już nigdy. Natomiast fani Rolling Stones zostali zaszokowani decyzją Micka Jaggera, który w wieku 68 lat założył nowy zespół. Twór nazwany został SuperHeavy a w składzie znaleźli się oprócz Jaggera: Joss Stone, David A. Stewart, A.R. Rahman oraz Damian Marley. We wrześniu można było już kupić efekt tej współpracy zatytułowany tak samo jak zespół „SuperHeavy”. Po 8 latach przerwy do studia wrócił zespół Blondie. Dzieło Debbie Harry i reszty zespołu nazwane zostało „Panic of Girls”. Było to szczególnie przeze mnie wyczekiwany krążek, który niestety mnie troszkę rozczarował.

Z ciekawostek poprzedniego roku można wspomnieć o:

Odpicowanej bryce Much. Po odejściu Piotra Maciejewskiego z zespołu atmosfera w zespole musiała być nie najlepsza. Do tego doszedł problem samochodu nazywanego „pojazdem piekarza”. Wiele zawirowań, miejmy jednak nadzieje, że nowo nadchodzący album rozwieje wszelkie wątpliwości. Gdyby jednak coś poszło nie tak to zawsze będą mieć „odpicowaną brykie”. Więcej na ten temat znajdziecie tutaj.

Urodziny Porcys. 10 lat skrupulatnego wkurzania ludzi swoimi zaniżonymi (nieraz) ocenami, drążenia tematu niezalu i łączenia go z plastkiowymi gwiazdami muzyki pop, irytującego bycia „na nie” oraz całego tego hipstrskiego syfu. Mimo, że nie lubimy to jednak sympatyzujemy i cenimy. 100 lat. Tutaj można zobaczyć film dokumentalny opowiadający o historii serwisu (W roli Harry’ego Pottera – Paweł Nowotarski).

Moonwalk Prince’a. MJ nie żyje, ale znalazł się godny następca w postaci piłkarza Milanu. Tak świętują scudetto włoscy piłkarze.

Nie zabrakło także w poprzednim roku rękoczynów i wyzwisk. Vampire Weekend vs. The Black Keys

W roku 2011 nie obeszło się od tragicznych wiadomości. 23 lipca w Londynie zmarła Amy Winehouse. Wiadomość o śmierci angielskiej piosenkarki niebyła dla mnie zaskoczeniem ze względu na tryb życia jaki prowadziła. Jednak była to dość spora strata ze względu na niezłe utwory, która tworzyła i fajny głos Amy. Poza tym w mijającym roku Ponury Żniwiarz był dość aktywny i zabrał między innymi Violettę Villas, Steva Jobsa, Clarence’a Clemonsa czy też Nate Dogg’a.

Muzyczne podsumowanie roku 2011: Teledyski

Tradycyjnie już pora na podsumowanie minionego roku. Przed nami Euro, Olimpiada i koniec świata. Obejrzyjmy się zatem jeszcze wstecz i popatrzmy na najfajniejsze i najciekawsze teledyski z 2011 roku.

Arcade Fire – Sprawl II (Mountains Beyond Mountains)

Beastie Boys – Don’t Play No Game That I Can’t Win (featuring Santigold)

Beastie Boys – Make Some Noise

Bon Iver – Holocene

Destroyer – Kaputt

Justice – Civilization

Myslovitz – Ukryte

Rammstein – Mein Land

St. Vincent – Cruel

Ten Typ Mes – Otwarcie

Polish Power – rok 2011 w polskiej muzyce

Rok 2011 to był naprawdę dobry rok dla polskiej muzyki. W poprzednich dwunastu miesiącach można było usłyszeć sporo dobrej, fajnej i ciekawej muzyki. Mimo, że przeważnie opisuje zagraniczne dokonania to zawsze kibicuje naszym rodowitym muzykom. Oto jak wyglądał poprzedni rok w wykonaniu naszych orzełków .

Zacznijmy od  muzyki gitarowej. Rok 2011 to przede wszystkim dobre powroty paru, dobrze znanych nam zespołów. Przeze mnie najbardziej wyczekiwana była nowa płyta zespołu Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. „Karmelki i Gruz” okazały się jednym z najlepszych płyt jakie dane było mi usłyszeć poprzedniej jesieni. Marcin Zagański i reszta ekipy z Nowego Dworku pokazała się z bardzo dobrej strony, nagrywając album wciągający i przede wszystkim bardzo dobry. KDZKPW to jeden z tych zespołów, który jeszcze nigdy nie zawiódł moich oczekiwań. Na jesień powrócił również Cool Kids of Death. „Plan Ewakuacji” traktowałem raczej jako ciekawostkę i byłem po prostu tylko ciekaw co zaprezentuje zespól tym razem, jaki kierunek obierze? Okazało się, że bardziej popowa twarz pasuje do Krzyśka Ostrowskiego i reszty łódzkiego bandu.

Całkiem przyjemnie słuchało mi się również drugiego albumu zespołu Renton.Warszawski zespół tym razem w języku polskim udowadniał na „Niech wszystko stanie sie lepsze”, że granie indie dalej jest cool. Poza tym Muchy wypuściły na koniec roku fajny singiel „Nie przeszkadzaj mi bo tańczę”, który promuje nowo nadchodzącą płytę. Singlowo zaprezentowały się również Ścianka i The Car is On Fire, będziemy czekać z pewnością w 2012 na płyty tych wykonawców. Dobry powrót zaliczył również Psychocukier a ich „Królestwo” zostało dobrze przyjęte przez media zajmujące się muzyka niezależną. Rok 2011 to także powrót po pięciu latach grupy Myslovitz. Dla mnie osobiście Artur Rojek nie jest już muzykiem a głównie organizatorem OFF Festivalu. Poza tym mysłowicka grupa już mnie tak nie „jara” jak to było jakieś 6 lat temu. Mimo to „Nie ważne jak wysoko jesteśmy…” wydaje się być lepszą płytą niż poprzednie „Happiness is Easy”. „Lie In Wait (EP)”  to kolejny powód by kibicować i trzymać kciuki za zespół Microexpressions. Panowie, czekamy na długogrający album.

Pora na debiutantów. Z pewnością na wyróżnienie zasługują dwa projekty. Po pierwsze Nerwowe Wakacje, które są braterskim paktem muzyków The Car is On Fire, Afrokolektywu  oraz Kolorofon a po drugie The Kurws. Pierwszy z nich nagrał rewelacyjny „Polish Rock” natomiast drugi wywołał u mnie dużo pozytywnych reakcji albumem „Dziura w Getcie”.

Przejdźmy teraz do muzyki popowej. W niej również wiele się działo. Najlepszym albumem w tej materii z pewnością jest dla mnie „Krzyk” Izy Lach. Dla młodej wokalistki jest to drugi krążek w dorobku. Musze przyznać, że tą płytą urzekła mnie i wręcz oczarowała. Cukier dla uszów. Z dobrej strony zaprezentowały się debiutantki Dziun i Marina Łuczenko. Debiutancki krążek pierwszej z nich „A.M.B.A.” to lekki, bezpretensjonalny zbiór piosenek łączących w sobie osiągnięcia popu i alternatywy. Natomiast na „Hardbeat” pojawiają się zarówno motywy typowe dla teen-popu jak i electro. Dobra płyta na imprezę. Wciąż nie doczekaliśmy się nowego albumu Edyty Bartosiewicz, ale dostaliśmy w zamian fajną piosenkę „Witaj w Moim Świecie”, która promowała nowego Kubusia Puchatka. Kolejną płytę za to zaprezentowała Ramona Rey, jednak „3” wydaje się być łakomym kąskiem jedynie dla fanów twórczości artystki. Warto jeszcze tutaj wspomnieć o Ani Rusowicz i jej dziele nazwanym po prostu „Mój big-bit”. Jest to ciekawa pozycja nawiązująca do twórczości jej mamy Ady Rusowicz oraz mająca w sobie nutkę nowoczesności.

Na koniec zostawiłem sobie podsumowanie polskiego hip-hopu. Tutaj bezapelacyjnie rządził Ten Typ Mes, który wydał najlepszy album hip-hopowy. „Kandydaci na Szaleńców” zawiera w sobie świetne nawijki Mesa, który wznosi się na wyżyny. Z podkładami było różnie, jednak przy tak dobrym materiale i genialnych wersach Mesa jest to mniej istotne. „Prewersje” Fokusa również zasługują na wyróżnienie. Nie tylko dlatego, że sympatyzuje z śląskim raperem. Przede wszystkim za rewelacyjne podkłady stworzone przez Lukatricksa oraz charyzmę Fokusa. W zeszłym roku powrócił również Łona. Szczeciński raper przy pomocy Webbera wydał „Cztery i Pół”, który może nie miażdży systemu, ale wydaje się być ciekawą pozycją dla studentów i licealistów. Ciekawy materiał zaprezentował duet Sokół i Marysia Starosta na „Czysta Brudna Prawda”.

Godnych uwagi polskich płyt z pewnością jest więcej, jednak te wyżej wymienione stanowią pewną esencję roku 2011. Mam nadzieje, że nowy 2012 rok będzie równie obfity w dobre, rodzime produkcje. Tego życzę sobie i Wam.

Głosowanie zakończone! Paweuu Alternativ dalej w grze!

Drodzy czytelnicy! Z niemałą satysfakcją informuje, że etap głosowania smsowego został zakończony. Paweuu Alternativ Blog uzyskał 159 głosów i  zakwalifikował się jednocześnie do drugiego etapu. Jest to zasługa Waszych głosów. Dziękuje z całego serca wszystkim, którzy oddali swój cenny głos na mnie. W szczególności wielkie podziękowania należą się mojemu „sztabowi wyborczemu”, który do ostatniej chwili walczył o głosy. Jest to dla mnie ogromne wyróżnienie. Uważam to za nasz wielki, wspólny sukces. Jednak to nie koniec drogi. Na następnym etapie blog zostanie oceniony przez jurora kategorii kultura – Michała Żebrowskiego. Trzymajcie kciuki.

 

Zaległości z roku pańskiego 2011

Jak zwykle rok jest za krótki by napisać o tym wszystkim co bym chciał. Wiele płyt nie zdążyłem zrecenzować, wiele nie poznałem a niektóre były za słabe by o nich pisać (Nie chce mi się już znęcać nad płyciznami). Tak więc by zamknąć tą kwestię postaram się w paru zdaniach napisać o paru albumach z poprzedniego roku, które należałoby poznać zanim przejdziemy do zasłuchiwania się w nowościach.

The Horrors – Skying. Zespół straszydeł ubrany w zbyt ciasne spodnie po raz kolejny wydał dobry, równy album. Wydaje mi się nawet, że najlepszy jak do tej pory. Podoba mi się droga, którą obrali. Jest bardziej mrocznie, duszno i psychodelicznie . Warstwa muzyczna jest bogata, gitary, klawisze i perkusja zostały wzbogacone o rożne dźwięki trąbek itd. Droga rozwoju jest zdecydowanie lepszym wyborem niż zejście na manowce w poszukiwaniu mamony i poklasku. A pomyśleć, że kiedyś myślałem, że to kolejny angielski indie band z doczepionym The i ‚s  w nazwie. Dodatkowo image zespołu nie jednego zdemobilizował do przesłuchania ich twórczości. Każdy popełnia błędy, jednak nie popełnijcie go Wy. The Horrors to porządny, klimatyczny zespół nagrywający intrygująca muzykę. Warto wsłuchać się w Skying i wyłapywać te wszystkie inspiracje psychodelicznymi zespołami z lat 70. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Wilco – The Whole Love. Niemal legendarne Wilco wróciło w poprzednim roku z dość fajnym, miłym w odbiorze albumem. Już sam opener The Whole Love udowadnia, że będzie dobrze. Początek niczym jak z In Rainbows, później wchodzi nieco popu by wyjść z tego niezłe, ostre, punkowe zakończenie. Po świetnym początku przechodzimy jednak to chleba razowego w wydaniu Wilco. Dalej jest ładnie, przyjemnie, momentami cukierkowo, momentami kwaśnie. Generalnie dobrze się tego słucha. Jednak od zespołów wydających płyty dziejowe zawsze wymaga się troszkę więcej. A to przecież Wilco stoi za „Yankee Foxtrot Hotel”. Na „The Whole Love” nie brakuje spokojnych, akustycznych gitarowych ballad („Black Moon”, „Rising Red Lung”) oraz bardziej energicznych utworów („Born Alone”). Całość wieńczy 12-minutowy „One Sunday Morning (Song For Jane Smiley’s Boyfriend)”. Mimo, że zespół prochu już raczej nie wymyśli to realizuje swój sprawdzony sposób na nagrywanie, równych, dobrych płyt. Ocena: 6/10. Posłuchaj.

James Blake – James Blake. Młody Anglik, który w świecie muzyki debiutował dwa lata temu przy okazji wypuszczenia singla „Air & Lack Thereof” dopiero na początku lutego 2011 zaprezentował się pełnym albumem. Płyta nazwana po prostu „James Blake” łączy w sobie elementy popu wymieszane z elektroniką i dubstepem. Dość minimalistyczne podejście do muzyki oraz pójście śladami Junior Boys w kierunku smutnego popu opłaciło się. Eksperyment o nazwie James Blake wypalił. Blake odrobił lekcje z dyskografii Radiohead, Bon Iver (udzielał się wokalnie na płycie) czy Destroyer bo elementy twórczości tych artystów słychać wyraźnie na tym trwającym 38 minut krążku. Mimo, że nie lubię dręczyć umysłu zbyt depresyjnymi nutami to Jamesa Blake’a słuchałem dość często w ciszy, spokoju, w samotności. Inaczej z tym artystą nie można obcować, tylko podczas późnych pór i gęstej mgły, którą czuć w każdym utworze. Polecam. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Fucked Up – David Comes to Life. Nie tylko David, ale cała ekipa Fucked Up wraca do życia wydając świetny, energiczny album. Co do energii zawartej na płycie to  nie powinno być żadnych zastrzeżeń. Jest to kontynuacja tego co usłyszeliśmy na The „Chemistry of Common Life”. Charyzmatyczny Pink-Eye wydziera się przy dźwiękach indie-punkowych brzmień gitar i niestrudzonej perkusji. Tradycje rozpoczęte przez legendy hardkoru zostały przy życiu w troszkę zmienionej formie. Co odróżnia to granie od innego demonicznego rocka? Fucked Up to nie jest zespół gdzie gra się wszystko na jedno kopyto, to nie jest zwykłe walenie w talerze i szarpanie strun. W tym całym anarchicznym chaosie słychać to „coś”. Mimo, że momentami pojawiają się dłużyzny i 18 piosenek to o dwie za dużo to polecam ten album. Konsekwencja to najważniejsza cecha Kanadyjskiego zespołu. Ocena: 7/10. Posłuchaj.

Łona i Webber – Cztery i Pół. Raper ze Szczecina to ten typ kolesia, który nie nagrywa po prostu rzeczy słabych. Na polskim rynku zdołał się już wyróżnić stabilnością poziomu swoich wydawnictw. Cztery i Pół to również dobry, równy album. Mimo, że daleko mu do wcześniejszych płyt Łony to warto wsłuchać się w nawijkę Zielińskiego do dość topornych bitów Webbera. Tradycyjnie Łona krytykuje różnorakie aspekty życia społecznego a historie, które opowiada nie nudzą a wciągają. Mimo, że wszystko raczej powinno być na półserio to Łona wydaje się być całkiem poważny udzielając uwagę babci by założyła konto bankowe online. Natomiast promujący całość „To Nic Nie Znaczy” jest ciut dla mnie przekombinowany. Na uwagę zasługuje klimatyczny „Nocny Ekspres” oraz „Kaloryfer”. „Nie Ma Nas” brzmi jak tribute dla zeszłorocznego Mesa a „Kończ Te Rozmowę” pokazuje, że mimo tego całego kryzysu jest dalej z czego się pośmiać. Co więcej? Pamiętajcie o urodzinach swojego dziesięć. Ocena: 6/10. Posłuchaj.

Toro Y Moi – Underneath The Pine. Chaz Bundick nie odpuścił i w roku 2011 również wypuścił, świetną płytę. Nie traci pędu a rozpędził sie chłopak dość szybko. Wszyscy trzymają za niego kciuki, słuchacze, redaktorzy niezalowych serwisów itd. Kto się nie zachwycał debiutanckim „Causers Of This”? Chyba wszyscy ogarnięci w temacie. No a chillwave stał się już nie tylko ulubionym gatunkiem muzycznym każdego szanującego się hipstera i entuzjasty muzyki, ale i pewnego rodzaju stanem umysłu. Wracając jednak do Toro Y Moi i drugiego albumu. Lepszy? Gorszy? Ciężko powiedzieć. Na pewno na tym samym, równym poziomie. Bundick nie dał się syndromowi drugiej płyty i poszedł za ciosem. „Underneath The Pine” to fajny, luzacki album. Hipnotyzujące melodię tutaj łączą się z prostotą brzmienia. Tak dobrych motywów nie usłyszymy na żadnej innej płycie, Chaz wydaje się być genialnym umysłem układania układanek. Z kilkunastu elementów potrafi ułożyć rewelacyjny, kolorowy obraz, który potrafi zadziwić. Ocena: 8/10. Posłuchaj.