Off Festival 2011

Szósta edycja Off Festivalu już przeszła do historii, w tym roku nie zabrakło również dobrej muzyki, świetnych występów, multum wrażeń, lanego grolsha i… deszczu.

Warpaint

Tak samo jak w poprzednich latach katowicki festiwal trwał 4 dni, z których trzy ostatnie uświetniła moja osoba. Zatem wszystkich szukających relacji z Current 93 odsyłam do googla by szukali dalej, ja zajmę się pozostałymi koncertami z Doliny Trzech Stawów. Pierwszy dzień według moich wcześniejszych planów miał być dniem najmniej obfitym w koncerty, w praktyce okazało się inaczej. W tym roku zacząłem od występu grupy L.Stadt, która grała na scenie leśnej. Szczerze powiedziawszy nie znałem tej grupy zbytnio wcześniej poza dwoma oczywistymi kawałkami (Londyn i Death of a Surfer Girl – z tego zagrali tylko ten drugi). Jednak podczas 30-minutowego występu nie nudzili i wypadli całkiem w porządku. Następnie powędrowałem pod scenę główną gdzie po raz czwarty chciałem zobaczyć „my favourtie polish band”, czyli The Car is On Fire. Wymagań nie miałem dużych, gdyż wiedziałem na co ich stać i czego mogę się spodziewać. Jednak w porównaniu do występu z 2009 roku wypadli raczej słabiutko, scena mBanku okazała się dla nich za duża tak samo jak podczas Open’era w 2007 roku, gdzie również grali na największej scenie. Następnie powróciłem na scenę Leśną gdzie grać miał Lech Janerka, i jedyne co mogę powiedzieć o tym występie to tylko tyle, że Lech Janerka jest w dobrej formie i już zapowiedział następne występy. Poza tym dodam, że ten występ absolutnie nic nie zmienił w moim życiu i z pewnością raczej nie będę po nim fanem Janerki. Fani rewolucji i awanturnicy mogli dalej się bawić podczas koncertu Dezertera, ja natomiast wstąpiłem do Namiotu prezydencji (ah te polityczne zaangażowanie, widział ktoś w tym roku Buzka?) by zobaczyć występ grupy Glasser, jednak potworny zaduch i raczej nie przekonujący początek wypędził mnie stamtąd.

Junior Boys

Skuszony dobrymi opiniami udałem się na koncert Warpaint. Przed samym wyjazdem słuchałem ich płyty z poprzedniego roku „The Fool”, jednak do samego końca nie byłem pewien czy warto poświęcić na ten występ 50 minut. Poświeciłem i nie był to czas zmarnowany, bo na żywo materiał z płyty brzmiał jeszcze lepiej. Widać było, że czwórka dziewoj ze Stanów Zjednoczonych również dobrze się bawiła. Zachęcały do tańca i ogólnie sprawiły na mnie dobre wrażenie, jednak czas się zmywać. Już za moment mój headliner dnia, czyli Junior Boys. Ustawiłem się w miarę blisko by nie przegapić niczego z tego koncertu, znałem ich materiał i oczekiwałem świetnej, tanecznej zabawy. Zaczęli nie najlepiej bo od 10- minutowego spóźnienia, jednak później z minuty na minutę było coraz lepiej by zakończyć fenomenalnym Banana Ripple, który samy z siebie porywa do szalonego tańca. Nie zabrakło ich najlepszych kawałków jak i materiału z nowej płyty All It’s True. Brakowało mi tylko Second Chance, liczyłem, że odegrają właśnie ten kawałek podczas bisu, jednak o bisie nie było mowy. Kanadyjski duet wspomagany na żywo przez perkusistę dał jeden z lepszych koncertów tegorocznego festiwalu, do tej pory mam w głowie falsetowe okrzyki „No You never, No You never…”.

Omar Souleyman

Chęć zobaczenia czegoś „innego” pokierowała mnie by przez chwilę zobaczyć prawdziwy, progresywny, techniczny metal w wykonaniu Meshuggah, jednak na dłuższą metę nie zniósłbym tego natężenia agresji i hałasu w moich uszach. O 23:00 byłem już pod sceną eksperymentalną, gdzie miała wystąpić ciekawostka dnia czyli Omar Souleyman. Namiot napełnił się po brzegi (standardowo), wszyscy byli ciekawi co zaprezentuje Syryjczyk. Nawet kolesie z Junior Boys, którzy występ kręcili obok mnie. Koleś miał własnego konferansjera!!!, który w języku angielskim zapowiedział występ gwiazdy prosto z Bliskiego Wschodu. Wspomagany przez jednego muzyka od „czarnej roboty” Omar kręcił się po scenie i po prostu dawał „czadu”. Ludzie świetnie zareagowali. Hity z Jazeraa Nights brzmiały świetnie, że trudno było być obojętnym na to co się dzieje. Zwłaszcza, że parkietowa podłoga falowała i uginała się pod napływem tańczącej i skaczącej publiki. Ufff, to był kolejny świetny i niezapomniany występ. Tuż po północy byłem już na świeżym powietrzu, gdzie przez najbliższą godzinę chłonąłem dźwięki grane przez Mogwai. To był ich drugi występ na Offie i wydaje mi się, że lepiej się zaprezentowali niż w 2008 roku, jednak może to dlatego, że „Hardcore Will Never Die, But You Will” jest lepszą płytą niż „Hawk is Howling”? Jak zwykle ludzie narzekali, jednak należy pamiętać, że to zespół specyficzny i to nie tylko dlatego, że nie mają wokalu. Setlista była idealna, nie zabrakło Mogwai Fear Satan czy też Haunted by Freak jak i najfajniejszych piosenek z nowej płyty (Rano Pano chociażby). Na koniec wpadłem na początek Low, który grał koncert dedykowany Andy’emu Kotowiczowi z Sub Popu, mimo, że grali fajnie to jednak zmęczenie wygrało i tym samym pierwszy dzień festiwalu dla mnie się skończył.

Drugi dzień festiwalu rozpocząłem od koncertu D4D, czyli Dick4Dick. Miałem okazję już tyle razy ich zobaczyć i ani razu tego nie zrobiłem, dlatego zmobilizowałem się tym razem i zobaczyłem jak to wygląda tym razem. Nie było źle, jednak również bez porywów. Materiał z nowej płyty brzmiał raczej średnio poza wyróżniającym się Love is Dangerous. Czas na piwo. O 17:50 grał Blonde Redhead, bardzo wcześnie, jak na nich za wcześnie. Pomimo problemów technicznych zagrali fajną setlistę obfitą w hity z „23”. Jednak nie było tej magii, nie było tego klimatu na który wszyscy czekali. Kolejne rozczarowanie padło godzinę później, gdy się okazało, że koncert Polvo został przesunięty na godzinę 2:15. O tej porze koncert ten był tylko dla największych hardkorów.

Neon Indian

Jednak przed klęską sobotę uratowały wieczorne koncerty. Pierwszy na scenie leśnej Neon Indian dał świetny, pełen energii występ. Nie zabrakło największych hitów takich jak: Deadbeat Summer, 6669 (I Don’t Know If You Know) oraz Psychic Chasms. Było kolorowo, tanecznie i niemal szalenie. W mojej ocenie jeden z lepszych występów tegorocznej edycji, aczkolwiek przyznam się, że miałem obawy jak zabrzmi na żywo mój ulubiony album z 2009 roku. Obawy były całkowicie nie uzasadnione, Alan Palomo wykonał świetną robotę, chodź momentami stosował różnorakie zagrywki pod publikę. O 22:00 zjawiłem się pod sceną główna by zobaczyć legendę gitarowego grania, czyli Gang of Four. Nie zawiedli, pomimo tatusiowego wieku Brytyjczycy pokazali, że wciąż wymiatają i są niczym dynamit na scenie. Był to żywiołowy występ, podczas, którego przypomnieli takie klasyki jak: Damaged Goods, Ether czy Natural’s Not in It z debiutanckiego albumu Entertainment! Była to niezapomniana podróż w przeszłość. Zdecydowanie na plus.

Primal Scream

Jednak to nie koniec sobotnich wrażeń. O 23:05 miał zaczynać na Scenie Leśnej Destroyer, czyli Daniel Bejar i spółka. Dlaczego warto było być na tym gigu? Każdy kto słyszał najnowszą płytę Kaputt wie, że ta płyta jest świetna. Destroyer zachwycił nas grając właśnie w większości numery z tego krążka. I jak to brzmiało! To odpowiedź na wcześniej zadane pytanie, ten brodaty kudłacz, który wygląda dość niepozornie potrafi chwycić za serca. Wytworzyła się właśnie ta magia, na która wszyscy czekali podczas występu Blonde Redhead. Gdy tak słuchałem Bejara i jego nutek wspomniał mi się występ Menomeny sprzed trzech lat, utrwaliło to mnie tylko w przekonaniu, że warto było tutaj się zjawić. Choć co do tego nie miałem żadnych wątpliwości, bo w ten występ celowałem od samego początku. Tak samo jak celowałem w występ dnia, czyli Primal Scream, który miał odegrać swój legendarny album Screamedalica. To był zdecydowanie najżywszy, najenergiczniejszy, najbardziej taneczny występ tegorocznej edycji Off Festiwalu. Album ten w wykonaniu live brzmi jeszcze lepiej niż na płycie, zwłaszcza opener Movin’ On Up i te okrzyki „My light shines on”. Zespół grał jakby bez opamiętania, nie zważał na to, że już są 20 minut po czasie. Publice też się podobało, żywym tego dowodem było wspólne odśpiewanie Come Together. I mimo, że mogły pojawiać się problemy z prądem to zespół grał swoje i czarował publikę. Brawa dla pani robiącej chórki, to kobieta to prawdziwy wulkan.

Deerhoof

Trzeci dzień i ostatni zarazem zacząłem dość wcześnie przy żarzącym słońcu. Pierwszy zaplanowany koncert Ringo Deathstarr obejrzałem już o 15:35 na Scenie Leśnej. podczas 30 minutowego koncertu pokazali się z bardzo dobrej strony, grając energiczny, żywiołowy koncert. Były w tym jaja i sam zespół z pewnością lepiej się zaprezentował niż The Pains of Being Pure At Heart dwa lata temu. Kto nie było na Ringo, niech żałuje. Przez te półgodziny poczuliśmy prawdziwy teksas. Z resztą sami członkowie grupy czuli się jak w swoim domu. Następnie zespół Biff grał soundtrack do obserwacji akrobacji w powietrzu wykonywanych przez samoloty oraz zmagań na boisku, gdzie szpile rozgrywały drużyny offowiczów. Jednak tą sielankę przerwała gwałtowna burza, przez co występ Abradaba grający set K44 został przełożony na godzinę 2:15, to był cios. Gdy przestało padać (nie na długo jak się okazało później) zawędrowałem pod scenę główną mBanku. Zespół Liars wystąpił z 20 minutowym opóźnieniem, jednak nie przeszkadzało to im zagrania dobrego koncertu. Wokalista Angus Andrew był swego rodzaju Zlatanem Ibrahimoviciem tego zespołu, gwiazdą w pełnym tego słowa znaczenia.

Public Image Ltd

Następny przystanek to koncert grupy Deerhoof. I główne w tym momencie moje zachwyty kieruje perkusiście grupy, który na obkrojonym sprzęcie bębnił jak oszalały. Natomiast Satomi Matsuzaki została określona Hendrixem tego zespołu. Mimo, że nie słucham ich na co dzień to wiedziałem, że mogę liczyć na energiczny koncert i taki też zastałem. Brawo. O 22 byłem już ponownie pod sceną główną, gdzie miał zagrać dEUS, moje tegoroczne odkrycie (mocno eleganckie spóźnienie). Nawet padający deszcz nie mógł mnie wygonić spod sceny. Zespół z pewnością pokazał, że myślenie o Belgu jako o nudziarzu jest mocno naciągane. Tom Barman okazał się prawdziwym liderem z krwi i kości, starał się odciągnąć uwagę widzów od coraz mocniej padającego deszczu. I udało mu się to! Skakał, biegał, zachęcał do tańca podczas Favourite Game, co chwile zmieniał gitarę, żartował sobie (Barbara Streisand). Ludzie z zaplecza mieli pełne ręce roboty prazy tym kolesiu. Poza tym przedstawił nam swojego gitarzystę Mauro Pawlowskiego, który ma polskie korzenie. Ostatnim koncertem tego dnia dla mnie (głównie z powodu deszczu) był Ariel Pink Haunted Graffiti. Gdy zobaczyłem tego rozczochrańca w czerwonym sweterku wiedziałem, że będzie koncert „w jego stylu”. Mimo uporczywego deszczu, ludzie świetnie się bawili. Bo jak się okazało, jego muzyka jest w pewnym sensie muzyką deszczową. Idealnie się wkomponowała w warunki atmosferyczne, a sam nieobliczalny Ariel Pink ogrywał po kolei hiciory z Before Today i udowodnił po raz kolejny, że jest totalnym świrem. Na Public Image Ltd. deszcz odebrał całkowicie chęci.

Podsumowując. Z pewnością na plus po raz kolejny urok miejsca Doliny Trzech Stawów, powiększona oferta gastronomiczna, żywiołowe, taneczne i rozróżnicowane koncerty. Jednak pojawia się także sporo minusów. Off słynną zawsze z punktualności, w tym roku zdecydowanie za dużo było opóźnień. In minus również przesunięcia tak ważnych koncertów jak Polvo i Abradaba, pogoda w 70 % dopisała. Gdzie hip-hop? Too much metal, It’s too much for me (wiadomo kawaleria szatana wraca do łask). No i na deser problemy z parkingiem. Oj, oj mimo to Off Festiwal uważam za udany i nie czuje się rozczarowany, zwłaszcza, że zobaczyłem kilka na prawdę wybitnych koncertów.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Off Festival 2011

  1. akurat przed PILem przestało padać więc wytłumaczenie słabe (wśrodku, może przez 2 numery coś pokapało, ale na pewno nie lało).

    proszę następnym razem zapoznać się z „Metal Box” i zabrać parasolkę 😉

  2. z Metal Box akurat się zapoznałem przed Offem, parasolka a najlepiej płaszcz przeciwdeszczowy będą wskazane. Szczerze to do końca wierzyłem, że nie będzie padać temu tak słabo przygotowany zawitałem na offa;)

  3. dla mnie najlepszym występem był zdecydowanie Destroyer, całkowicie ta muza mnie pochłonęła, znużył mnie natomiast Mogwai okropnie, ale to moze z powodu poznej pory i straty sił po poprzednich koncertach. Pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s