Radiohead – Poznań, 25.08.2009

radioheadpoznanOK. Emocje powoli opadają. Można po długich kontemplacjach, przemyśleniach w końcu opisać to co się mi wydarzyło w Poznaniu. A było tego sporo. Niestety nie widziałem masturbujących się taksówkarzy. Głównie chodzi o emocje, które odczułem. I to właśnie ich było najwięcej.

Przybyłem do Poznania wcześniej by poznać tutejszą miejscówkę, zobaczyć ziomków Peji, poczuć tak zwany SLU (szacunek ludzi ulicy). Tego dnia towarzystwo ziomali znikło w tłumie fanów Radiohead. Przewinął się gdzieś tam jeden samochód z łuperami wydalającymi poznańskie bity i to na tyle. Pozdro! He He. Nie no dobra. Jechałem tam dla Radiohead. Jak 40 tysięcy innych ludzi. 15 lat czekania. Ja aż tego tak nie odczułem. W 1994 roku byłem jeszcze analfabetą. Generalnie wiadomość o koncercie radiogłowych była newsem roku. Wcześniej krążyły plotki, że Open’er, że za rok itd. Dopiero Poznaniowi udało się tego dokonać chytrze promując akcję Poznań dla Ziemi. I mamy już Thoma, przyjaciela przyrody razem z chłopakami na scenie w Parku Cytadela.

Moderat. Zespół, który podobno sam Yorke faworyzował jako support. Przez godzinę próbowali rozweselić Poznańską widownię swoimi późno Kraftwerk-owymi kawałkami. I w sumie początek nawet dawał radę. Tylko słońce grzało niemiłosiernie jeszcze no a poza tym wszyscy czekali już na Radiohead to co będą marnować siły na tańcowanie do Niemców z laptopami? Przyznam szczerze, że dłużył mi się ten występ. Drugie pół godziny było niemiłosiernie męczące. Czekałem aż tylko się ulotnią ze sceny. W końcu się doczekałem. Słońce zaszło. Ludzi przybyło. Zrobił się klimat.

I zaczęło się! Wyszli. Pierwsze dźwięki 15 step. Thom zaczyna śpiewać. I nagle pojawiają się te dziwne myśli, niedowierzania. Czy to prawda? To Thom Yorke tam podskakuje i śpiewa? Czy to Ed O’Brien stroi z gitarą? Johnny Greenwood bawi się syntezatorem? Colin Greenwood schowany przy perkusji smyra palcem po basie? Phil Selway uderza pałeczkami w bębny? To się dzieje na prawdę. Niesamowite uczucie. Kiedy już tochodzi do ciebie prawda, zaczynasz łączyć się z muzyka w jedną całość.

radioheadpoznan2A było czego słuchać. Jeżeli o mnie chodzi to setlista marzenie. Marzył mi się Paranoid Android, Karma Police, The National Anthem, 2+2=5, cokolwiek z The Bends (moja ukochana płytka) i Creep. Nie taki zwykły Creep. Taki ostatni, ostateczny cios by zamknąć wszystkim usta mówiące ostatnio wyłącznie o Jacksonie, U2, Madonnie. No i sen się spełnił! To co chciałem zagrali. Przeglądałem setlisty z Austrii i Czech. Różniły się, ale niektóre kawałki to były pewniaki. Duża ilość In Ranibows. Licznie Z Kida A i Hail To The Thief. Różnie to było z OK Computer a The Bends często pomijane. Pablo Honey zapomniane. Na szczęście w Poznaniu każda płyta miała swojego przedstawiciela. Street Spirit godnie zastąpił Just czy Fake Plastic Trees. Można trochę żałować No Suprises, ale bardziej byłbym płakał gdyby nie zagrali Paranoid Android. Nie ważne. Dobór piosenek był idealny.

Brzmienie? Niesamowite! Jeżeli chodzi o nagłośnienie to było super. Wszystko, pięknie, klarownie. Chłopaki od nagłośnienia spisali się. Teraz scena. Jaka ona ogromna! Jeżeli chodzi o dekoracje, przebili Muse z Openera, ale trzeba oddać to ekipie Bellamy’ego, że oni musieli mnie bawić na festiwalu. Jednak ekrany z wizualizacjami, mimo, że pomysłowy podział na ekraniki to niezbyt funkcjonalny w kontekście: „Jestem w trzecim sektorze i mam metr dwadzieścia”.Ja mam to szczęście, że byłem w dwójce i mam troszkę więcej niż metr dwadzieścia. Wracając do dekoracji, podobały mi się te olbrzymie sople.

Jak zaprezentował się sam zespół? Yorke i ekipia w świetnej formie. Upatrywałbym tego w kilku przyczynach. Pomijając fakt, że są oni jednym z najlepszych zespołów na żywo i nie na żywo to trzeba wspomnieć, że Radiohead miał przerwę w koncertowaniu. Przed Poznaniem pojawił się w Austrii i Czechach. Nie było tego zmęczenia. Odgrywanie kawałków nie było tak nużące. Niektórzy mówią, że kiepski kontakt z publiką, że tylko „Thanks” i „Thank You”. Hmmm. WTF? Przecież Yorke tam czarował! Jego sarkastyczne chichoty, gadki, zaczynanie kawałków od „OK!”. Publiczność głośno reagowała na każde jego zachowanie. W czym problem panowie i panie? Thom rządził i dzielił tego dnia w Poznaniu. Co chwile to mu inny instrument przysuwali a on brał i grał jak najlepiej umie. Czy to gitara, perkusja, organy, pianino. Thom zagra na wszystkim. Dodajmy do tego, że śpiewał niesamowicie i jeszcze wpadał w taneczne napady epilepsji. Miło było też popatrzeć jak Johnny Greenwood szarpie za gitarę przy Creep albo jak klęczy przy syntezatorze podczas Idioteque. Colin mimo, że schowany od czasu do czasu zebrał się na odwagę by poskakać z basem. Mimo, że nie biega z nim jak natchniony to dobrze było go słyszeć przy takich basowych szlagierach jak The National Anthem czy Myxomatosis. Ed oczywiście robił świetne chórki a Phil przez ponad dwie godziny bez wytchnienia nie tracił pędu przy uderzaniu w perkusje.

W zasadzie najlepszy koncert jaki widziałem do tej pory w tym roku. Myślę, że za niedługo będę mówił, że najlepszy w moim życiu. Organizacja koncertu jak zwykle pozostawiała wiele do życzenia. Najbardziej nurtowało mnie pytanie dlaczego 7 złotych? i dlaczego Żywiec? Dodajmy do tego 50 minutowe opuszczanie koncertu w kolejce poruszającej się w tempie metr na minute i pojawia się mała frustracja. Nie u mnie. Ja byłem szczęśliwy i wzruszony po koncercie.

Grizzly Bear – Veckatimest

veckatimest-coverPrzyznam się, że na początku nazwa mnie nie zachęcała. Nie rozróżniałem. Panda Bear, Grizzly Bear. Co jeszcze? Koala Bear? Jak się później okazało misie grizli awansowali w moim osobistym rankingu. W końcu rekomendacja Radiohead. Oni wiedzą co dobre.

Ten zespół jest niesamowity (pisze o Grizzly, ale Radiohead też. Wiadomo). Debiutowali w 2004 roku. Trzy płyty. Każda bardzo dobra. I co najlepsze im dalej tym lepiej! Nie ukrywam. Veckatimest to najlepsza płyta w ich dorobku. Moim zdaniem oczywiście. Tym bardziej ich lubię. Kiedy zespoły cały czas notują tendencje spadkową oni pchają się w górę. Wiadomo, że nie będzie cały czas lepiej, ale cieszy mnie, że jest ktoś na rynku. Ktoś kto miesza w podsumowujących rankingach itd. Trzymają poziom. Póki co walczą z Animal Collective o miano płyty roku. Możliwe, że pojawi się jeszcze jakaś płyta, która włączy się do walki o podium. Chociaż, jeżeli nie będzie to jakiś miażdżący debiut (Tigercity?) to chyba już tylko Thom Yorke.

Veckatimest zaczyna się mocno przebojowo. Southern Point to świetny opener. Oddaje w pełni klimat tej płyty. Później przechodzimy do Two Weeks. Przebój. Singiel. Pitchfork zdążył już go umieścić na swojej liście 500 kawałków dekady. Ahh ten Pitchfork. Czemu nie czekali z tą listą do końca roku? Poza tym motyw klawisza, taki prosty a taki fajny. Siła tkwi w prostocie najwidoczniej, ale cała płyta nie jest już taka banalna. All We Ask. Konkretny kawałek. W zasadzie chyba najlepszy na płycie, chociaż ciężko wyróżniać poszczególne piosenki bo każda trzyma poziom. Ta najszybciej mi przypadła do gustu. Jeszcze bardziej mi się spodobała podczas sesji w czarnej taksówce. No i ten magiczny moment kiedy to Daniel Rossen powtarza: „I can’t get out/ Of what I’m into with You”.

Cheerleader. Fajne chórki, które ogólnie odrywają istotną rolę na całej płycie. Duży plus za ten element. Następnie Ready, Able. To co się zaczyna dziać z tą melodią na wysokości 1:47 to coś niesamowitego. Ciary po plecach przechodzą normalnie. Dodajmy do tego spokojny głoś wokalisty, który swoim songwritingiem i wokalnymi umiejętnościami jest najmocniejszym punktem albumu. Nie należy zapominać o perkusiście. Strasznie podoba mi się sposób w jaki tworzy rytm. Jest to takie nieprzewidywalne. Słuchając płyty często zdarza mi się główkować co on teraz zrobi. He, he. Takie małe zboczenie.

W zasadzie słuchając najnowszego Grizzly Bear nie towarzyszy nam nuda. Jest nastrojowo, spokojnie, melodyjnie. Pojawia się troszkę patosu, ale bez przesady. Umiarkowanie. Generalnie fajna sprawa położyć się w niedzielne popołudnie, sączyć jakiś płyn, patrzeć w niebo i słuchać Veckatimest. Dla mnie przyjemniejsza płytka niż Merriweather Post Pavilion. Heh. Niestety nie obeszło się w recenzji bez porównań do Animal Collective. No ale wiadomo dlaczego. Ocena: 8/10.

P.S. To chyba się widzimy w Katowicach na koncercie, co?

Phoenix – Wolfgang Amadeus Phoenix

Phoenix-Wolfgang-Amadeus-PhoenixNa lekcji francuskiego zawsze nam powtarzano, że Francuzi są od nas Polaczków gorsi pod tym względem, że oni z językami nie bardzo. Wyłącznie w swoim ojczystym i w żadnym innym. A jak się już uczą obcego to jest to proces trwający pół życia. Tylko jak to jest, że to oni mają zespół śpiewający w języku Szekspira odnoszący sukcesy na Świecie a my mamy The Car is On Fire, który próbuje zabłysnąć w Japonii?!?

Zapewne nauczycielka francuskiego nie znała Phoenix. Słuchając tych szalonych kolesi nie jesteś w stanie się zorientować, że to Francuzi. Przynajmniej ja. Na pewno jakiś profesor by się zorientował po przesłuchaniach trwających miesiące. Oni są świetni. Nieźle pewnie se łamią języki. W końcu nie te akcenty i te nieme „h”. Co prawda my mamy niby The Car is On Fire czy Rentona, ale o nich się nie pisze na Pitchforku. Siła języka angielskiego jest nie podważalna. Założę się, że gdyby It’s Never Been Like That było po francusku to nigdy nie usłyszelibyśmy o takim zespole jak Phoenix.

Dobra. A co na najnowszej płycie? „Jeeeest doobrzee. No bo to impreza a nie pogrzeeeb” cytując Liroya. Zgadza się. Jest tanecznie, melodyjnie, kolorowo, fajnie. Po prostu popowo. Lisztomania to jak na razie czołówka w kategorii best single. 1901 fajnie melodyjny. Fences. Tu zdania podzielone. Moim zdaniem mocniejszy punkt płyty. Lubię falsecik. Potem mamy dwu-utworowy przerywnik w postaci Love Like A Sunset Part I oraz  Love Like A Sunset Part II. Francuzi się bawią i eksperymentują. Nie można powiedzieć, że są ograniczeni. Potem wracamy znowu do naszych tradycyjnych indie-popowych nutek. Lasso z fajnymi bębnami oraz Rome, kolejny mocny punkt tej płyty. Ciary pojawiają się jak Thomas Mars powtarza „Rome Rome Rome Rome”. Poza tym tekst! „Ah I never loved you/ And if I loved you/I wouldn’t say I’m sorry oh no/I stand outside under broken leaves”. Poza tym ta gitarka w tle. Ała. Świetne. Całość zamyka Armistice z klimatycznym klawiszem.

Kolesie jarają się historią. Wcześniej przewijał się motyw Napoleona. Tym razem mamy takie bajery jak Rzymskie Koloseum, rok 1901 no i mamy rozumieć Lisztomania od Franciszka Liszta? Poza tym o co kaman z tytułem płyty? Osobiście nigdy nie interesowała mnie historia. XX wiek w miarę, ale dalej to już mnie trzęsło na samą myśl. Aczkolwiek taki koncept płyty wydaje się być fajny. Oczywiście w umiarkowanym stopniu. Pamiętacie tych skandynawskich szatanów „śpiewających” o polskich żołnierzach? Sabaton dla przypomnienia. Tu pojawia się ta przesada, ale polski patriotyzm jest na tyle silny, że ludzie tego słuchają mimo, że Szwedzi poziom prezentują marny. Nie to co Phoenix!

Dobra płyta. Merriweather Post Pavilion czy Veckatimest raczej nie przeskoczy, ale czołówka się szykuje. Jako, że nie daje połówek ani ćwiartek (może czas zacząć?) a ocena waha się pomiędzy 7 a 8 to daje 8/10.

Off Festival 2009

Czwarta edycja Off Festival tradycyjnie już w Mysłowicach, mieście Artura Rojka. Więcej artystów, więcej dni muzyki, więcej sztuki, ale mniej ludzi. Zabrakło odpowiednich zespołów od dużej czcionki. Moim zdaniem jak już przyciągać ludzi na festiwal to na zespoły docenione np. tak jak rok temu Mogwai. Plotki mówiły o Super Furry Animals, Wilco czy też My Bloody Valentine.Rojas jednak zaprosił ciekawych artystów, jednak po raz kolejny nie potrzebnie przyciągał woodstockową młodzież zespołami wyrwanymi z trasy po juwenaliach całej Polski.

Mniejsza z brudasami. Cierpi na tym troszkę klimat, ale nie bądźmy samolubni. Nawet „Terror” poddał się komercjalizacji. Sam Rojek jednak pozostaje ten sam. Lubujący się w dobrej muzie niekoniecznie o dużym rozgłosie, ale rekomendacje Rojasa godne uwagi. Nie może być co roku Mogwai nie?

Tyle tytułem wstępu. Jako, że dysponowałem biletem dwudniowym nie uraczę was relacją z These New Puritans, Kozelka czy Wire. Trochę mam żal, że lider Myslovitz rozbija ciekawe koncerty po restauracjach i kościołach gdzie jest ograniczona liczba miejsc. O ile młodziaki z TNP i weterani z Wire daliby radę na dużej scenie to taki Olafur czy Kozelek bardziej pasują do małych miejsc o dobrej akustyce.

pains

The Pains of Being Pure At Heart

Piątkowe koncerty rozpocząłem od wizyty w namiocie Trójki. Kumka Olik miała zachwycać. Trochę śmieszny występ, bez jednego członka (tego w garniturze). Chłopaki przez dwie piosenki, które widziałem nie zrobili niczego by mnie zainteresować na tyle bym został do końca gigu. Tak samo kiepsko jak na płycie zaprezentowali się w namiocie. Ogromna nagonka dodatkowo im nie sprzyja. Następnie The Thermals na scenie głównej. Idąc na koncert nie spodziewałem się niczego ciekawego. Mając w pamięci słabiznę na Now We Can See po prostu stałem by jakoś przestać i odhaczyć „byłem, widziałem”. Jak się jednak okazało koncert okazał się dość fajny. Sporo energii i spontaniczności. Pani basistka skacząca tu i tam. Ogólnie słabe piosenki zabrzmiały na tyle ciekawie, że dobra zabawa nie opuszczała Main Stage przez całość występu trio z Portland. Następnie zawędrowałem pod Scenę Leśną (najlepszą). Tam już rozpoczynał się występ mocno oczekiwanej Micachu and The Shapes. Początek koncertu nie okazał się zbytnio fascynujący, jednak jak się później dowiedziałem rozkręcili się (podejrzewałem, że tak się stanie). Jednak ja już w tym czasie zahaczyłem o Komety. Co ja tam robiłem? W namiocie zrobiły się mini Juwenalia. Czas na Piwo. Tylko jedno bo zaraz mieli pojawić się na Głównej Scenie debiutanci roku. Mowa o The Pains of Being Pure at Heart. Oczekiwania duże. Oni mieli mi zastąpić brak My bloody Valentine do, których nie tylko ja ich porównywałem w swojej recenzji.Koncert dał radę. Widać było, że są młodzi. Wczesna pora także im nie sprzyjała, ale koncert godny uwagi. Zaczarowali tak samo jak na płycie. Przez 50 minut zdążyli odegrać najlepsze części swojej debiutanckiej płyty. Indie ma się dobrze dzięki takim artystom.

fuck

Fucked Up

Scena Leśna po raz kolejny wzywała. Grupa Health była jednym z licznych hardkorowych przedstawicieli na tegorocznej edycji festiwalu. Reklamowani w telewizyjnym spocie, ciekawie brzmiące single. Zaintrygowali mnie na tyle by sprawdzić jak teoria ma się w praktyce. No cóż do pewnego momentu byli do zaakceptowania przez mój mózg. Później trochę brak spójności i jakiegoś ładu drażniła. Sorry chyba nie jestem jednak hardkorem. Nie jestem? Chyba jednak jestem! Nie no sorry. Wiedziałem, że Fucked Up sprawi, że będę zachowywał się jak zwierzę. Już na sam widok Pink Eyes’a dostawałem ciarek. Wiedziałem, że za chwilę będzie tuż obok mnie, spocony bez swojej czerwonej koszulki. Czapki też się pozbył, ale nie z własnej woli. Polska mentalność. Pierwsze dźwięki. Son of The Father. Najlepszy Opener. Już wchodził we mnie wariat. Pink Eyes jeszcze na scenie, ale już przezywałem orgazm. Kilkadziesiąt sekund a Pink Eyes już na dole. Do końca koncertu już nas nie opuścił. Co mogę powiedzieć na temat tego występu? Najwięcej energii, najbardziej wulgarny, esencja punka. Nie zgodzę się, że muzycznie słabo. Fucked Up to nie tylko gruby wokalista, który stanowi bardziej hardkorową wersję Tima Harringtona z Les Savy Favs. Zespół bardzo konkretny. Łączenie psychodelii z hardkorem. Wysoki poziom. Oczywiście mało szło zrozumieć z tego co krzyczy nam do twarzy wokalista, ale koleś bardzo sympatyczny. Z dużym dystansem do swojego brzuszka i na dodatek lubiąc sobie potańczyć. Brawo.

Monotonix

Monotonix

Fucked Up w połączeniu z dużą ilością piwa wykańcza. Piątkowy wieczór to jeszcze trzy występy obejrzane powierzchownie. The Week That Was raczył indie młodzież swoja obecnością w Namiocie Offensywy. Byłem tylko przez fragment koncertu, ale urzekli mnie swoją melodyjnością. Było na prawdę ciekawie przez tą część koncertu, którą widziałem. Szkoda, że nie widziałem całości. Z pewnością nie była to strata czasu. W tym czasie występował także Monotonix na scenie Miasta Muzyki. Jakoś dziwnie to wszystko wyglądało z mojej perspektywy. Zgraja ludzi na scenie, słychać muzykę, ale gdzie ci kolesie z Izraela? Muzycznie niezbyt ciekawie. Jak później pokazał mi youtube show był nie mniejszy niż na Fucked Up. Na scenie głównej już zbliżał się koncert gwiazdy wieczoru. Za chwilę miała pojawić się grupa Spiritualized. Konferansjer wyglądający jak Andrzej Krzywy chciał pobudzić publikę, jednak dało się tylko usłyszeć rozpaczliwe: „Nie ma ludzi”. Widziałem tylko trzy pierwsze kawałki (zmęczenie), ale wdarło się trochę magii w te kilka minut obcowania z Jasonem Pierce. światła, gitary, murzynki z chóru ubrane w białe stroje. Miażdżenie mózgów dźwiękami niczym Mogwai rok temu. Szkoda, że nie wystałem dłużej i przegapiłem Final Fantasy.

Handsome Furs

Handsome Furs

Sobota na papierze zapowiadała się ciekawiej. Jednak to sprawa dość problematyczna. Tym razem trochę później rozpocząłem koncertową pielgrzymkę po Kąpielisku Słupna. 17:30 Casiotone for Painfully Alone na scenie leśnej. Z jednej strony cieszyłem się, że w namiocie, z drugiej ubolewałem, że tak wcześnie. Zabrakło klimatu, nie było magii przez duszności w namiocie i słońce mocno grzejące. Owen starał się jak mógł, ale nic na to nie mógł poradzić. Mimo wszystko podobało mi się. Brzmiało to dość wiarygodnie. Jeden człowiek obsługujący syntezatory, klawisze, automaty itd. Na dodatek wokalnie przekonywał. Plus. Na scenie Leśnej miał już odbywać się chyba najbardziej wyczekiwany przeze mnie występ tego dnia. Handsome Furs po raz kolejny w naszym kraju. Dan i Alexei mocno zadowoleni, że goszczą w swoim ulubionym wschodnim regionie. To było 50 minut świetnej zabawy. Najlepsze kawałki ze swoich dotychczasowych płyt. Nie zabrakło I’m Confused, Nyet Spasiba czy też Legal Tender. Dan (ten z Wolf Parade) w przerwach między utworami zbawiał publikę anegdotami. Ta o Terminatorze była chyba najlepsza. Natomiast jego żona Alexei Perry raczyła publikę małpimi skokami i fikuśnymi pozycjami. Bisowali, ale i tak było mi mało. Czekamy na Wolf Parade.

Cool Kids of Death

Cool Kids of Death

Na Scenie Głównej Cool Kids of Death. Byli już dwa lata temu. Tym razem mieli odegrać materiał z pierwszej płyty. Rozczarowali. Nie dlatego, że nie zagrali w końcu całej płyty, ale jakoś wydali mi się mało przekonywujący. Chyba w Katowicach było lepiej. Pomysł z odgrywaniem jednej płyty chyba nie sprawdza się na tego typu festiwalach. Chociaż niektóre utwory miały lepszą aranżację niż na płycie no i trzeba przyznać, że płyta CKOD o wiele wiele lepiej brzmi z żywą perkusją niż automatem perkusyjnym. O 21:35 w namiocie trójki zaczynał się koncert chyba najlepszego polskiego bandu na festiwalu. The Car is On Fire. Widziałem ich ostatnio w Katowiach i spodziewałem się dobrego koncertu. Zwłaszcza, że nowa płyta nawet mi się podoba. Mimo, że pod koniec były problemy z basem to koncert mocno udany. Nie zabrakło hitów z drugiej płyty takich jak Oh Joe czy Can’t Cook. Dużo pozytywnej energii.

The National

The National

Szybki powrót do namiotu po ubrania i po raz kolejny pod scenę główną. Lada chwila ma wystąpić The National. Ludzi chyba więcej niż na Spiritualized. W sumie to amerykanie byli największym killerem jeżeli chodzi o popularność. Ja osobiście nie wiele oczekiwałem po tym koncercie. Sądziłem, że przestoje godzinę bez większych emocji. Od czasu do czasu ziewając. Jak ja się myliłem? Koncert ten był największa dla mnie niespodzianką. Kolesie z piosenki na piosenkę się rozkręcali. Nie pewny, krzyczący, chodzący wszędzie, robiący dziwne miny, pijący wino Matt Beringer dawał tyle radości oku i sercu. Ogromne brawa. I ten bis. Mr. November. Matt w końcu wylądował na dole. Zawędrował wśród publiki. On chyba na prawdę przeżywał ten koncert. Wyglądało to tak prawdziwie. Ogromny plusior dla The National. Oczywiście Alligator królował w setliście plus jedna nowa piosenka.

The Field

The Field

Oczekiwanie na ostatni koncert mojego Offa czyli The Field. Po posłuchaniu końcówki Frightened Rabbit, która nie zrobiła na mnie większego wrażenia poszedłem sprawdzić Miłość. Cały czas słyszałem, że to legenda. Nawet jedna z moich koleżanek, która generalnie nie ma pojęcia o muzyce pytała się mnie o Miłość. Ja zbytnio nie rajcuje się takimi klimatami, ale wiem jedno. Lepiej by to brzmiało w zadymionym klubie. W końcu nie mogło zabraknąć Leszka Możdżera i Tymona Tymańskiego na Offie. Doczekałem jednak The Field. Już bardzo późno, albo mocno wcześnie. Opóźniony, ale wystartował. The Field. Czyli człowiek z wąsem schowany za ogromnym sprzętem plus perkusista i koleś z basem. Godzina żywiołowego transu. Spodobało się nawet ochroniarzom, którzy generalnie śpią na koncertach. Widać ich klimaty. Mimo, że im dłużej koncert trwał to miękłem a ludzie znikali to wytrwałem. Warto było. Było ciekawiej niż zwykle, czyli sam Axel Willner ze swoim legendarnym laptopem. Perkusja i bas dodały żywiołowości koncertowi. Zmęczony, ale zadowolony udałem się do namiotu.

Ciężko mi powiedzieć, czy w tamtym roku było lepiej bo jestem świeżo po Offie. Z pewnością w tamtym roku było więcej ludzi przez co mniej na oczy rzucali się osoby nie wiedzące dokładnie co robią na tej imprezie. Musimy się nauczyć, że nie do wszystkiego należy pogować. Poza tym jak sam Rojek mówi tutaj przyjeżdża się poznawać dobrą muzykę także nie ma co liczyć na wielkie gwiazdy. W tym roku Off Festival poświęcony był obchodom 70 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Stoisko z gadżetami związanymi z tymi obchodami było oblegane cały czas. Poza tym dużo osobowości. Jerzy Buzek pokazał się ponownie. Ludzie z wytwórni Sub Pop między innymi Jonathan Poneman, wszędobylski Lala, Marcin Meller.

Jestem rozczarowany wprowadzonymi talonami. Trochę wkurzająca sprawa. Poza tym wybór koszulek w tym roku nie powalał. KSU, Happysad, Kult. No ja proszę… z czym na Off Festival? W tamtym roku bez problemu można było kupić koszulkę Mogwai czy Menomena. Z płytami było lepiej. Duży, fajny wybór tylko te ceny… no ale nigdzie indziej tego nie kupisz. Pogoda dopisała nawet za bardzo. Z pewnością wybiorę się znowu za rok. Off Festival 2010: 80 zespołów na 90 scenach. lol

Final Fantasy – He Poos Clouds

finslfantasyKiedyś postawiłem taką tezę: „kto nie miał w młodości pegasusa, ten miał zzniszczone dzieciństwo”. Później pojawiły się lepsze konsole, upowszechniły się komputery. Fanem RPG nigdy nie byłem. Zawsze preferowałem pykanie w Fife, później PES-a. W między czasie Football Manager. Oczywiście Grand Theft Auto zaliczone. Mafia, Heroes, Age of Mythology, Need for Speed… Ja pierdole czy ja miałem inne zajęcia w gimnazjum?

W ogóle zastanawia mnie dlaczego Owen Pallett tak marcnie nazwał swój projekt muzyczny. Final Fantasy to gra. Sorry. Nie ogarniam. Można było inaczej to zrobić. Imię bohatera wybrać czy coś?

I jaki był zamiar tej płyty? Shit to brzmi jak soundtrack do gry RPG. Shit, ale ta gra na niego wpłynęła. No serio. Jednak trzeba przyznać, że brzmienie na He Poos Clouds jest zajebiste. Różnorakie motywy ze skrzypcami, jakiś klawisz, jakieś elementy perkusyjne. Fajny klimacik. Trzeba przyznać. Na początku troszeczkę odrzucała mnie ta pretensjonalność. Myślałem sobie: „shit ja chyba to słyszałem w Simsach…”. Jednak po paru przesłuchaniach jest ok, daje radę. Przyjemne dla ucha granie.

This Lamb Sells Condos ma w sobie trochę magii. Chórki kojarzą mi ten utwór z Arcade Fire. Trudno by nie, bo Owen udziela się w Kanadyjskiej rewelacji 2004 roku. W sumie chciałem Arcade na Offie, mam chociaż jej namiastkę. W sumie Rojek pojechał w tym roku substytowo. Chciałem Arcade Firem -> mam Final Fantasy, chciałem Les Savy Favs -> mam Fucked Up, chciałem Wolf Parade a dostałem wzamian Handsome Furs. LOL. Dobra wracając do Final Fantasy. Płyta do przesłuchania obowiązkowo. Na koncercie nie być to chyba małe festiwalowe faux pas. Owen Pallett na serio będzie czarował. Ocena: 7/10.