The Pains Of Being Pure At Heart – The Pains Of Being Pure At Heart

the-pains-of-being-pure-at-heart…aż sobie puściłem dzisiaj My Bloody Valentine

…wcześniej oczywiście słuchając alternatywnej rewelacji tego roku. Rewelacja to chyba dobre określenie. Po koncercie na Primaverze (Hiszpański odpowiednik Off Festival) The Pains Of Being Pure At Heart (bo o nich mowa) byli na ustach wszystkich. Mimo, że ostatnio słucha się tylko jednego artysty, to i tak Painsi mogą liczyć na dobre miejsce w podsumowaniach najbardziej prestiżowych portali muzycznych.

W zasadzie po pierwszych odsłuchach płyty wydali mi się tacy banalni. Ot typowe granie w stylu mieszanki wszystkich najlepszych indje rockowych kapel. Żadna nowość. Z czasem jednak się przekonałem, że jest w tym coś więcej. Zaraz mi przyszły do głowy skojarzenia z wcześniej wspomnianym My Bloody Valentine.

Płytka może nie przebija nowego Grizzly Bear czy niemal już kultowego Animal Collective, ale daje radę. Cholernie przyjemnie się tego słucha. Każdy jeden kawałek daje sporo radości, płyta na równym, bardzo dobrym poziomie. Dużo fajnych dźwięków, miła dla ucha gitarka, gdzieś tam w tle radosne klawisze i uspokajające wokale. Mocne punkty tej płyty. I wszystko w dość szybkim tempie, że zanim się obejrzymy to już jesteśmy przy Gentle Stons i puszczamy płytkę jeszcze raz. Wracanie do tej płyty to sama przyjemność.

Jeżeli chodzi o letnie klimaty, to ta płytka genialnie się w nie wbija. Leżysz na leżaku, zajadasz kiełbaskę, popijasz tyskim, opalasz bebech, drapiesz się po jajcach i do tego słuchasz tej uroczej płyty. Zajebista sprawa. Ocena: 8/10