The Field – Yesterday and Today

thefielsyatDo The Field przyczepiono kartkę z apisem „techno”. Czasem „minimal techno”. Nie zaprzeczam. Jednak gdyby tak się zastanowić to zwykły dresiarz, fanatyk monotonnego łupania nie ogarnął by tego materiału za nic w świecie. Zagadka techno w tym wypadku to kolejna sprawa dla agentów Muldera i Scully.

Niby wszystko pasuje by wpisać projekt Axela Willnera w definicje techno. Gatunek się rozwinął odkąd był niszowym wyrazem buntu w podzielonych Niemczech. Jednak nie potrafię sobie wyobrazić tego stereotypowego dresika ze swoją niunią w kozaczkach lansujących się na ławce a z telefonu wydobywające się dźwięki Leave It czy Sequenced. Tutaj totalnie brakuje tego plastikowego bitu, rozpieprzoneo basu czy zmiksowanego wokalu kobiety mówiącej o sobie jako wokalistka.

Jest trans. Kawałki w liczbie sześciu, ale trwające nawet do piętnastu minut. Od razu widać, że nie jest to radiowa muzyka. Monotonnie, ale nie nużąco. Wszystko dobrane w odpowiedniej ilości by nie przedawkować. Nie jest hałaśliwie. Wręcz melodyjnie. Jeżeli chodzi o koncert na Offie to raczej spodziewałbym się widowiska a la Kraftwerk. Koleś z laptopem czaruje tłumem, który popada w trans. Nie jest tu tanecznie, także nie spodziewałbym się fikuśnych baunsów. Nie spodziewałbym się także krzyków a la Scooter.

Po co tutaj ten dresik się w ogóle w kółko przewija? The Field to nie muza na imprezę, nie napijesz się przy tym, nic nie wyrwiesz. Tu jest ciut zbyt ambitnie by polemizować z dejotem Remo. Na spokojnie w domu, podczas jazdy samochodem, autobusem. Serio. Poza tym sam fakt, że koleś jest ze Szwecji powinien dużo w tej materii mówić.

Kończąc naciąganą zbędnie tą notkę chciałbym wyrazić nadzieję, że się mimo wszystko spotkamy pod sceną namiotową trójki na The Field. Godzina koncertu z jednej strony beznadziejna a z drugiej dość magiczna. Jednak nocnej magii może trochę zabraknąć w namiotowych dusznościach. Obyśmy wytrwali bo warto. Ocena: 7/10

Sprawdź to dzieciak.

Casiotone For the Painfully Alone – Vs. Children

vschildrenNo cóż Interpol to nie jest.

Skąd w ogóle pomysł, że Interpol? Interpol jest spoko, taki indje new rock revolution. Nie no luz już. Casiotune (skrócę sobie bo jestem w niewygodnej pozycji na teenagera) jest całkiem fajne. Przyjemne granie, bezpretensjonalne, melodyjne. Pozostawiające trochę refleksji po sobie, a może i nie pozostawiające. Coś na pograniczu „gramy do posłuchania w spokoju” a „gramy by coś wnieść”. Wnosi nie za wiele, ale można za to mnóstwo pozytywnych wrażeń wynieść z tej muzycznej wędrówki, której głównym przewodnikiem jest Owen Ashworth.

Koleś generalnie wie co ma robić i podąża drogą, którą wyznaczył sobie jakiś czas temu. Pomysłów mu bynajmniej nie brakuje. Będe jednak szczery. Dla mnie trochę za bardzo smęci, ale to może przez fakt, że ostatnio było zajebiście ciepło. Wiecie jak to jest. Nagrzeję się przez te temperatury, spocę, napiję piwa i dalej wiadomo. Ogólnie jak jest słonecznie to człowiek jakiś weselszy.  Nie chce psuć sobie nastroju bo Ashworth przez pół płyty niemiłosiernie smęci. Intrygująco, ale jednak. To chyba nie płyta na tą porę roku. Z resztą nazwa zobowiązuje. OK.

Dobra kończę, zaraz wyjdzie, że nie mam pojęcia o czym piszę. Lepiej niż The Thermals, ale do poziomu Menomeny daleka droga. Ocena: 6/10

P.S. Jakoś nie widzę tego koncertu o tak wczesnej porze jak to jest na rozpisce Offa.

The Thermals – Now We Can See

now-we-can-see…Aż sobie puściłem dzisiaj The Pixies… Nie, żartuje oczywiście. Taka ironia względem poprzedniej recenzji Painsów. Pośmiewny jestem, chodź nie powinienem. Bo teraz powinno być poważnie. Zatem… Powaga! Ok!

Czemu na poważnie? Bo nie potrafię pojąć jak tu się jarać The Thermals niczym Pitchfork? 7.8 to względnie wysoka ocena, bardzo dobra nota. Tylko za co? Pytam się za co? Ja dawno takiego bezpłciowego grania nie słuchałem. Zespół jak setki innych w Anglii. Zero pomysłu na siebie a są już na wysokości trzeciej płyty! Hello? Coś chyba jest nie tak. No sorry ja tego nie ogarniam. Słucham, słucham. Staram się łagodnie ich oceniać, być wyrozumiałym, ale nie potrafię.

No bo po prostu tak wieje nudą, że nic tylko ziewać. Mega wtórność. Nic nowego. Ok nie muszą wymyślać nowego gatunku, ale przynajmniej mogli by zaciekawić czymś. A tego „czegoś” tutaj po prostu nie ma. Są lepsze momenty, taki Liquid In, Liquid Out jest nawet przez moment fajny. Jednak za chwilę znowu zasypiamy. I tych dłużyzn jest znacznie więcej. Wszystko zlewa nam się w jedna szarą, mętną, bezwyrazową papkę. Niby próbują zaciekawić tekstami. No chyba nie bardzo. Nie bardzo. Mam nadzieję, że live wypadnie to lepiej niż na albumie. Sorry nie chce mi się już dłużej ciągnąć tej recki. Ocena: 5/10. Idę spać.

P.S. Okładki mają za to fajne, ale chyba nie ocenia się książki po okładce? Now We Can See

Heineken Open’er Festival ‘09

Przed paroma dniami zakończyła się ósma edycja Heineken Open’er Festival. Dzieci, które zostały spłodzone podczas pierwszych edycji kończą przedszkola, wybierają się do szkół, a za parę lat same wybiorą się na openera.Tymczasem tegoroczna edycja, obfitująca w gwiazdy nie zawiodła. Zacznijmy zatem od początku.

The Car is On Fire

The Car is On Fire

Festiwal rozpocząłem, podobnie jak w 2007 od koncertu The Cars is on Fire. Podobnie jak przed dwoma laty punktualnie o 19 dało się usłyszeć pierwsze dźwięki w wykonaniu TCIOF. Z tymże w tym roku na pierwszy ogień poszła tytułowa piosenka z nowej płyty zespołu i od razu porwała tłum do pląsów pod sceną. A propos, w odróżnieniu od ostatniego występu TCIOF na Openerze muzycy zagrali na scenie namiotowej i to im wyszło na dobre, bo jak niedawno wspomniał Paweuu TCIOF jest zespołem klubowym. Tent Stage dała namiastkę nieco kameralnej atmosfery co odbiło się bardzo dobrym wrażeniem jakie wywarł zespół

Renton

Renton

Nieco później Festiwal miał ruszyć ze sceną główną, zatem po zakończeniu koncertu w namiocie przeniosłem się pod Main Stage, gdzie spotkało mnie największa porażka imprezy. Zespół Renton. Chłopaki grali, skakali, starli się, ale do dupy to było podobne. Może na jakieś mniejszej scenie tak, ale niestety na głównej im nie poszło. Nie był to jednak koniec rozczarowań tego dnia. Chwilę później na festiwalu miał się zaprezentować jeden z najbardziej oczekiwanych zespołów. Można to było poczuć stojąc w niewyobrażalnym ścisku pod sceną (chcących poczuć namiastkę atmosfery panującej w tym czasie zapraszam do czterypjony o siódmej rano). Chwilę przed dwudziestą drugą, kiedy w namiocie wspaniały koncert dawali Szwedzi z tercetu Peter Bjorn and John, emocje na Main Stage sięgały Zenitu, bo oto za moment na scenie miała pojawić się jedna z największych gwiazd Openera09 – Arctic Monkeys.

Late of The Pier

Late of The Pier

Kiedy wyszli na scenę nikt nie spodziewał się, że będzie to jeden z gorszych festivalowych występów. Alex Turner z fryzurą na Maryjusza z chłopakami grali bez polotu i finezji, a do tego dwukrotnie mieli awarię sprzętu. In plus zagrali kilka premierowych utworów, które ukażą się wkrótce na ich nowej płycie. Polska publiczność była pierwszą, która mogła to usłyszeć-fajnie mieć tego świadomość. Niestety z tego powodu zabrakło czasu (a może chęci) na sztandarowe wydaje się Dancing Shoes czy Fake Tales in San Francisco. Osobiście cierpiałem z powodu braku Certain Romance. Ogólnie zabawa pod sceną była, ale po koncercie pozostał spory niedosyt. Tego dnia odbyły się jeszcze koncerty m.in. Basement Jaxx, Late of the Pier, ale byłem zbyt spocony, żeby na nich zostać,a po za tym była szansa na ciepłą wodę pod prysznicem i szkoda  było tej szansy nie wykorzystać.

The Gossip

The Gossip

Drugiego dnia koncertowanie zacząłem od występu Marii Peszek na scenie głównej, który był dla mnie sporym zaskoczeniem. Zdziwiłem się jak sprawną wokalnie artystką jest pani Maria. Do tej pory myślałem, że lansuje się ona tylko skandalizującymi tekstami swych utworów. Jeżeli chodzi o show muzyków i zabawę publiczności można było odnieść wrażenie, że właśnie występuję gwiazda wieczoru. No i tekst Marii ‚Szkoda, kurwa, że jest tak jasno, ale was przynajmniej widzę’. Nieźle. Ale lepsze było to co nastąpiło później. Mianowicie Gossip. 45minut zrytej imprezy. Beth szalała i ludzie szaleli. Ale i to nie był najlepszy występ drugiego dnia festiwalu. W tej materii pałeczkę przejęli kolesie z The Kooks.

Duffy

Duffy

W oczekiwaniu na ich koncert powtarzałem sobie w myślach, że może i są idolami, piszczących w tej chwili, nastolatek, ale w końcu są też rockandrollowcami, którzy nie stronią do używek, rozpierdzielają pokoje hotelowe i jeżdżą wesołym autobusem w trasy. Przekonała mnie też wypowiedź Luke’a, który stwierdził, ze nikt nie chciałby grać muzyki dla starych facetów, za to dla młodych dziewczyn owszem. Atmosfera, która panowała podczas koncertu gorąca była jak barszcz w miarce. Luke spokojnie mógł się ograniczyć tylko do wiosłowania, bo śpiewaniem zajęła się publiczność i to nie tylko ta nastoletnia i piszcząca. Kontakt Kooksów z tłumem nie ograniczał się tylko do wspólnego śpiewania, Luke dużą część występu spędził pod sceną, na barierkach. Zmacany, ale szczęśliwy. Chyba wiedział co mówił odpierając zarzuty o granie dla nastolatek;) Po Kooksach poszedłem sobie do namiotu zobaczyć Duffy. Zobaczyłem. Fajnie. Po Duffy wystąpił duet Crystal Castles i rozpierdolił namiot, ale tego już nie widziałem bo było zbyt duszno od zielonego dymu.

O północy grał sprzedawca herbaty Moby i myślę, że jest to najlepszy muzyk wśród sprzedawców herbaty. Półmetek festiwalu. Należą się pozdrowienia panom od ToiToi’i, bo gdyby nie oni na terenie campingu istniałoby ryzyko epidemiologiczne, a tak ryzyko było tylko w kabinach prysznicowych.

Faith No More

Faith No More

Sobotnie koncerty w przeciwieństwie do piątkowych skierowane były do starszej publiczności. Wszak zarówno Madness jak i Faith no More debiutowali dwadzieścia parę lat temu. Pierwsi mieli zagrać o 20 na Main Stage’u, ale nie zagrali bo mieli opóźnienie na lotnisku i zostali przeniesieni na World Stage. Na koncercie nie byłem, ale podobno było fucking lovely. Faith No More grali ładnie, zajebiście natomiast śpiewał Mike Patton. To co robił z krtanią mogłoby posłużyć laryngologom jako temat pracy doktoranckiej. Ciekawym urozmaiceniem było posłuchanie panów Waglewskich, którzy zagrali nieco wcześniej w namiocie. Pan Fisz ekwilibrysta języka oraz pan Emade ze swoim palcem skutecznie porwali publiczność. ‚Hej ludzie jesteście gotowi?’ ‚Tak, tak, jesteśmy gotowi!’ Gorączki sobotniej nocy nie było, za to nadeszła w niedzielę.

Moim zdaniem najciekawszym dniem festiwalu była właśnie niedziela. Zaczęta dość wcześnie, o siedemnastej na tent Stage zagrał polski zespół The Black Tapes. Wg opisów mieli grać swedish rock’a no i grali, a wokalista ruchem scenicznym przypominał pana z The Who. Mieli trochę problemów ze sprzętem, ale cały koncert sprawił, że nastrojony byłem pozytywnie do dalszej części wieczoru. Rozstroił trochę OSTR, ale ten czas można było poświęcić na prysznic. W końcu nadszedł czas na Lilly Allen. Nie pokazała sutków, za to miała fioletowe włosy, które okazały się peruką. Resztę można poczytać na Pudelku.

Kings of Leon

Kings of Leon

Do następnego koncertu na Main Stage było jeszcze trochę czasu, więc poświęciłem go na przechadzkę po miasteczku festiwalowym aż dotarłem do namiotu, w którym grał indie zespół z polski. Chłopcy dawali radę. ‚Kto to kurwa?’-pomyślałem. Okazało się na bisie. ‚Zaspane poniedziałki’. I wszystko jasne. Jeżeli będziecie mieli okazję zobaczyć zespół Kumka Olik na żywo to nie wahajcie się. Warto. Po kumkach i olikach nadszedł czas na najbardziej wyczekiwaną gwiazdę, gwóźdź tegorocznego openera, the best of the best of the best. W końcu o 22:30 na scenie głównej pojawiłą się trójka braci i ich kuzyn. Panowie Followil. Kings of Leon. Normalnie ciary po plecach. Vocal Caleba. Knock Out, Sex on Fire, Charmer, Use Somebody. Warto było dać 3 stówy chociaż za ten jeden koncert. Najlepsze jest to, że obiecali, że zagrają znów. Trzymam ich za słowo. Tak kończy się dla mnie Opener 09, nie chciałem sobie psuć przyjemności, jaką odczuwałem po koncercie KOL, koncertami Placebo i The Prodigy.

Autor: Boo

Słowo od Paweuu’a: Jest wiele powodów dla których nie pojechałem na ten festiwal. Pomijając brak czasu oraz sesję w tym czasie należy przede wszystkim wspomnieć o koszcie wyprawy. Żyjemy w na prawdę biednym kraju. Jednak gdyby się już tam znalazł to z pewnością wybrałbym trochę inny zestaw koncertów niż Boo. Nie wiem jak wygląda rozpiska i czy coś na coś by się nakładało, ale napiszę o zespołach, których występów nie chciałbym pominąć. Myślę, że Basement Jaxx sprawiłby mi frajdę niczym LCD Soundsystem. Chętnie sprawdziłbym live M83, Late of The Pier oraz Ting Tings. Sprawdziłbym czy nastąpił jakiś progres jeżeli chodzi o The October Leaves, który niegdyś hajpowałem. Mimo wszystko poszedłbym na nudne Placebo by odchaczyć, że byłem. Na Prodigy chętnie bym się pogibał. Są to już dziadki, ale podobno wracają do formy.To tylko część koncerów, które pominął Boo. Przygotowania na Offa trwają!

The Pains Of Being Pure At Heart – The Pains Of Being Pure At Heart

the-pains-of-being-pure-at-heart…aż sobie puściłem dzisiaj My Bloody Valentine

…wcześniej oczywiście słuchając alternatywnej rewelacji tego roku. Rewelacja to chyba dobre określenie. Po koncercie na Primaverze (Hiszpański odpowiednik Off Festival) The Pains Of Being Pure At Heart (bo o nich mowa) byli na ustach wszystkich. Mimo, że ostatnio słucha się tylko jednego artysty, to i tak Painsi mogą liczyć na dobre miejsce w podsumowaniach najbardziej prestiżowych portali muzycznych.

W zasadzie po pierwszych odsłuchach płyty wydali mi się tacy banalni. Ot typowe granie w stylu mieszanki wszystkich najlepszych indje rockowych kapel. Żadna nowość. Z czasem jednak się przekonałem, że jest w tym coś więcej. Zaraz mi przyszły do głowy skojarzenia z wcześniej wspomnianym My Bloody Valentine.

Płytka może nie przebija nowego Grizzly Bear czy niemal już kultowego Animal Collective, ale daje radę. Cholernie przyjemnie się tego słucha. Każdy jeden kawałek daje sporo radości, płyta na równym, bardzo dobrym poziomie. Dużo fajnych dźwięków, miła dla ucha gitarka, gdzieś tam w tle radosne klawisze i uspokajające wokale. Mocne punkty tej płyty. I wszystko w dość szybkim tempie, że zanim się obejrzymy to już jesteśmy przy Gentle Stons i puszczamy płytkę jeszcze raz. Wracanie do tej płyty to sama przyjemność.

Jeżeli chodzi o letnie klimaty, to ta płytka genialnie się w nie wbija. Leżysz na leżaku, zajadasz kiełbaskę, popijasz tyskim, opalasz bebech, drapiesz się po jajcach i do tego słuchasz tej uroczej płyty. Zajebista sprawa. Ocena: 8/10

The National – Alligator

Alligator-NationalX_The_480Pewnego ulewnego i pochmurnego wieczoru Marzena i Andrzej siedzieli w pokoju oglądając M jak Miłość. Gdy akcja serialu przybierała na tempie Marzena wyłącza telewizor argumentując to potrzebą nauki do zbliżającej się sesji. Znużony Andrzej rozpoczyna konwersacje.

Marzenko pamiętasz taki zajebisty film z lat 80? O takim ogromnym krokodylu, który zjadł limuzynę i jeszcze inne rzeczy jadł.

-Aligator?

-O dokładnie to! Muszę poszukać go na jakimś emulu.

Mi bardziej słowo Aligator kojarzy się z niedawną płytą The National. Z resztą chyba najlepszą ich płytą.

-Wiesz co, słuchałem ostatnio tej płyty nawet. Powiem ci, że całkiem dobra. Nie jest to mistrzostwo, ale daje radę. Jakiś porządny poziom z pewnością ta płyta prezentuje. A słuchałem jej, bo wiesz odrabiam lekcje zadane przez profesora Rojka.

Ja bym tak się nie zachwycała Andrzej. Moim zdaniem momentami powiewa nudą na tej płycie. Poza tym drażnią mnie już zespoły, które chcą grać jak mój ukochany Interpol! Paul na pewno jest wkurzony, że go wszyscy chcą imitować.

-Paul raczej nie zastanawia się nad tym. Jeśli nawet tak to moim zdaniem powinien być zadowolony. Jednak nie przesadzałbym z porównaniem do Interpolu. Mi momentami przypominają Wolf Parade, chodź nie do końca. Alligator to mimo wszystko spokojna płyta. Taki „Daughters Of The Soho Riots” to sielanka a la National.

Mi bardziej chodziło o barwę głosu Matta Berningera

-A wiesz co się mówi o Banksie?

to co innego! Pozatym ta sielanka o której mówisz to nie przez cały czas. Abel to energiczny utwór, ale mnie nie przekonywuje.

Najbardziej w tym utworze podoba mi się końcowy motyw z wrzaskami. Nie mówiłem Ci jeszcze tego, ale ja na poważnie wybieram się do Mysłowic. Mam  nadzieję, że pojedziesz ze mną.

W tamtym roku było zajebiście. Była Menomena i Caribou. Moje ulubione zespoły.

-Zawsze ceniłem Ciebie za twój wyrafinowany gust muzyczny. Co robimy w tym roku?

-Wiesz co… Jak już mówiłam National jest dla mnie wtórny a to jedyny zespół, który znam z tego rocznego line-upu. Chyba sobie odpuszczę. Myślałam raczej o innym festiwalu. Będą porządne, znane zespoły.

-Na przykład?

-Kings of Leon! Wiesz jak ich uwielbiam! Na MTV2 puszczają teraz ich nowy teledysk. I tam jest taka scena, gdzie żarówka pęka. Rozumiesz? Ta żarówka już potem nie istnieje. Oni są genialni.

– Nie wiem czy National robi także takie teledyski z wybuchami, ale mi bardziej chodzi o doznania muzyczne niż o ściskanie się z tysiącami indie dzieciaków.

-Ojj jak zwykle marudzisz. Chodź będzie super!

-Nigdy też nie potrafiłem Ci odmówić… ale jak będzie za rok w Mysłowicach Death Cab for Cutie to jedziemy!

Ocena: 7/10