Michael Jackson

Michael+JacksonMichael jaki był taki był, ale to wciąż Król Popu.

To nie jest tak, że nagle go zabrakło i nabrałem do niego szacunku. Ludzie tak mają, że doceniają coś dopiero gdy to stracą. Michael był zawsze dla mnie królem. Nigdy nie oceniałem go za jego życie prywatne. Ceniłem go przede wszystkim za jego twórczość sceniczną. Bo nie chodzi tutaj wyłącznie o muzykę. To także teksty, taniec czy teledyski. Radosna twórczość lat 80. Tym głównie dla mnie zasłynął Michael. Wybielenie, liczne procesy, oskarżenie o molestowanie to dla mnie mało istotne sprawy.

W końcu i tak muzyka wygrała. Ile obecnych gwiazd mogłoby się pochwalić taką reakcje na śmierć? Wiadomość forsowana przez radio co kilka minut, W telewizji stacje muzyczne nadają wkółko teledyski tylko jednego artysty a w internecie co sekundę przybywa nowy komentarz żałobny. Ostatni raz przeżyłem coś podobnego w kwietniu 2005, kiedy to umierał Jan Paweł II. Mimo wszystko ludzie go szanowali za muzykę mimo, że ostatnimi czasy mówiło się o nim jako o pedofilu i białym murzynie. To uwłaczające. Michael jest Królem Popu!

Fucked Up – The Chemistry of Common Life

fucked upArtur Rojek właśnie mi uświadomił, że brakuje mi jednej płyty w moim podsumowaniu za rok 2008.

Jeżeli ktoś mieszka w Mikołowie i odwiedza co jakiś czas tamtejsze puby to wie, że Mikołów to miasto gdzie gimnazjaliści próbują swoich sił głównie w dwóch nurtach: jabol punku i szatan death metalu. Nie trzeba specjalnie długo przesiadywać w podobnym towarzystwie by wiedzieć kim byli Sex Pistols, The Clash czy Ramones. Nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem punku. Szanuje dokonania pionierów z lat 70, ale generalnie punk rock mi zwisa. Można powiedzieć, że nawet trochę mnie wkurwia. Nigdy nie potrafiłem się przekonać do takiego Grabaża. Wolę punk w połączeniu z czymś melodyjnym. Coś w stylu The Hives czy Cool Kids of Death (Polski przedstawiciel) w odniesieniu to indie 2.0. Jednak to co prezentuje Fucked Up do mnie dociera.

Założę się, że największy wpływ na ich noisowy hardcore miało samo terytorium Kanady. W ogóle jakaś dziwna jest tendencja w tych północnych krainach. Ameryka Północna ma swoją Kanadę a my Szwecję. Zawsze można się spodziewać czegoś dobrego i ambitnego po tych krajach. I tego się spodziewałem po Kanadyjczykach. Oni potrafili wykrzesać z punk rocka coś konkretnego i dającego coś znacznie więcej niż tylko podstawę do buntowniczego podskakiwania spoconych i brudnych nastolatków.

Kolesie dają czadu dosyć konkretnie, jest ten noise, jest hard i core, jest punk i rock. Hałas zupełnie nie przeszkadza, nie denerwuje nas, nie pojawia się poirytowanie nawet przy darciu ryja wokalisty Pink Eye’s. Chyba to było brakujące ogniwo punku. Dla mnie ten nurt zawsze był mocno wtórny. Fucked Up sprawili, że powiało trochę świeżym powietrzem. Przyznam, że szło już się udusić w tym dusznym powietrzu przepełnionym fetorem spoconych nastoletnich punków. Wydaje mi się, że najnowsza płyta Fuckedów (?) ma najlepszy opener ostatnich lat. Co to jest na początku flażolet? flecik? a potem z tego spokoju wyłania się to prawdziwe oblicze Kanadyjczyków.

Zajebistą sprawą są koncerty grupy. Kilka już zostało owianych (złą) sławą. Zacytuję biografię na Last.fm: „Mają na na koncie tak spektakularne występy jak zniszczenie kanadyjskiego studio MTV czy nocny koncert na moście w ramach festiwalu SXSW, który przerodził się w policyjne zamieszki. Pośród licznych kolaboracji zespołu z innymi artystami, warto wspomnieć o występie w lutym 2008 w The Independent w San Francisco, kiedy razem z Jello Biafra z Dead Kennedys wykonali hymn The Ramones „Blitzkrieg Bop”.” I wogóle jak oni wygladają. Dla mnie dużo skojarzeń z Les Savy Favs. Nie tylko z wyglądem obu wokalistów ale i spontanicznością na scenie, chociaż w ich przypadku to różnie bywa z przebywaniem na scenie.

Podsumowując warto posłuchać The Chemistry of Common Life (shit okładka!) i warto wybrać się na ich koncert, wrażenia w obu przypadkach zapewnione. A tak btw nie tylko ja ich doceniłem. Ocena: 8/10

Handsome Furs – Face Control

handsome_furs-face_control-album_artWielu już inspirowało się słowiańska kulturą, wschodnio-europejskimi zwyczajami czy też samym pięknem biedniejszej części Europy. Jednym udawało się nagrywać całkiem wypasione kawałki typu Waving Flags, innym…

…całe albumy. Handsome Furs swój drugi album nagrali zainspirowani krajami postkomunistycznymi, mowa tu oczywiście o krążku Face Control. Nie trzeba nawet było przesłuchać płyty by się o tym przekonać. Let’s see: okładka albumu. Czerwony kolor – symbol komunizmu, bez zbędnych komentarzy. Szczekającego psa można powiązać z silną władzą. Ten milusiński kojarzy się z policją a przecież jeszcze nie tak dawno temu mieliśmy do czynienia z państwem policyjnym. Główne inspiracje zawędrowały z Rosji. Nazwa albumu to zjawisko z którym spotkali się Dan i Alexei u naszych wschodnich sąsiadów. No i wracając do tego psa. Ostatnio podobny wyraz twarzy miał Putin jak oglądałem wiadomości. Wiadomo, że obecnie prezydentem jest Dimitrij Anatoljewicz Miedwiediew a o rosyjskim systemie politycznym mówi się, że niby pół-prezydencki, dualizm egzekutywy, kohabitacja itp. Jednak wiadomo, że to Putin jest tą szarą eminencją. No i dodajmy niektóre tytuły piosenek. Nyet Spasiba czy też (Passport Kontrol). Uważam, że Handsome Furs, którym wydawało się wcześniej, że tu u nas na wschodzie mieszka się w szałasach lub igloo, poluje na niedźwiedzie polarne i je codziennie zupę z vódki po tym jak zobaczyli nasze regiony tak byli zdziwieni, że nagrali płytę.

Tyle jeżeli chodzi o inspiracje. Muzyka. Handsome Furs to taki małżeński duet, ale z White Stripes łączy ich tylko słowa małżeński oraz duet. Dan Boeckner znany głównie z Wolf Parade gdzie użycza swojego głosu i szarpie na gitarze niepowtarzalne riffy. W wolnym czasie od grania w paradzie wilków oraz uprawiania miłości z Alexei Perry (żadna rodzina Katy) nagrywa z żoną muzykę. Coś w tych swoich kanadyjskich klimatach, mocno kojarzone z działalnościa Wolf Parade. Głównie z powodu gitary i wokalu Dana, które są elementami głównymi w muzyce Handsome Furs. Alexei zajmuje się komponowaniem bitów i innych dźwieków wydobywanych z syntezatora. Połączenie dość ciekawe w banalności pomysłu. Dodajmy do tego specyficzną lirykę i mamy Handsome Furs.

Warto poznać zanim się wybierzemy na koncert na Offie. Chciałem Wolf Parade, ale zadowolę się 1\4 części składu. Poza tym istnieje duże ryzyko, że zespół w całości już zawita do nas w najbliższym czasie. Danowi juz się podoba skoro nagrywa na ten temat płyty. Ocena 7/10. Warto bo kultura to nie tylko zachód, ameryka i terminator.

These New Puritans – Beat Pyramid

These+New+Puritans-Beat+Pyramid(2008)Trzeba poznawać to co Rojek nam zaoferuje w tym roku na Offie. Przesłuchałem już kilku artystów i zdecydowanie najbardziej przypadli mi Anglicy z These New Puritans.

Jedyną rekomendację oprócz tej tutaj można znaleźć na Pitchforku. Uhonorowani oceną 7,5 za debiut. To chyba powód do dumy? Rojek wiedział co brać mimo, że pojawiły się negatywne głosy i rozpacz. Faktycznie. W tym roku nie zanosi się na to by festiwal miał swojego „Mogwaia”, ale za to będzie dużo młodych i ciekawych artysów takich jak „purytanie”.

Co mnie zainteresowało w Beat Pyramid? Jest tego trochę. Zacznijmy od energii, która tkwi w tej muzie. Kolesie na prawdę dają radę. Trochę gitary, dużo perkusji, odrobina syntezatora, ciut trąbki i mamy energiczne kawałki do poskakania, posłuchania. Jest u nich taka świeżość. Zaciekawili mnie. Po raz pierwszy usłyszałem ich w radiu. Było to Swords of Truth. Na początku myślałem, że to punkowa przeróbka kawałku Missy Elliott. Damn okazało się, że nie, ale pewne momenty są mocno podobne do hitu spod ręki Timbalanda.

Ogólnie fajnie podoba mi się koncept z różnymi przejściami po poszczególnych utworach, motyw intro i outro. Kolejny plus to Jack Barnett, który jest zajebistym wokalistą. Podoba mi się jego barwa głosu i sposób śpiewania. Liczne powtórzenia itd. Z tekstami to różnie. Raz robi wyliczankę niczym Kazik objaśniając każdą cyfrę innym razem nie potrafi znaleźć odpowiednich słów w największym hiciebandu „Elvis”. Dzięki takim utworom można sądzić, że Elvis żyje. Energiczny indie-punk-rock z elementami popu.

Jestem święcie przekonany, że na koncercie w Mysłowickim Domu Kultury dadzą radę, na albumie dali. Ocena: 7/10.


The Car Is On Fire – Katowice, 05.06.2009

DSC00260Widziałem ich wcześniej raz i nie wywarli na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Mimo, że był jeszcze wtedy Borys Dejnarowicz oraz wspomagał ich dodatkowo Kaczor Donald to sam gig był nie najwyższych lotów. Bo Panie Ziółkowski The Car Is On Fire to zespół klubowy a nie plenerowy.

Katowice są mocno brzydkie a sam Cogitatur dla mnie ciut pretensjonaly i snobistyczny. Jednak ma to swoje uroki gdy do miasta zawita jeden z najlepszych indie-popowych zespołów w tym kraju. Ludzi garstka, ale wśród 30-40 łepków było wielu wyróżniających się typów. Różnorodność zatem obecna.

Zespół bez supportu, ale elegancko, modnie spóźniony mimo, że w samym klubie byli już wcześniej i namiętnie ćwiczyli repertuar. A mieli co ćwiczyć bo to początek trasy promującej najnowszą płytę Ombarrops! I jak było do przewidzenia setlista składała się głównie z najnowszych kawałków z domieszką hitów z ery Lakes & Flames. Sam początek nie był porywający. Death Of A Customer nie porwał od razu ludzi do tańca. Przyszło to trochę później z bardziej ostrymi gitarkami i większą ilością wypitego piwa przez widownię. Prawdę mówiąc ludzi było za mało, żeby „napierdalali” a szkoda bo był przy czym. Oh Joe czy Can’t Cook chociażby. Nie zabrakło Such a Lovely. Generalnie zespół z minuty na minutę się rozpędzał i szczytowanie było praktycznie na samym końcu. Poskutkowało to podwójnym bisem a ludzie chcieli jeszcze.

Była to miła zapowiedź przyszłego występu, który odbędzie się podczas Off Festivalu w Mysłowicach. Obowiązkowo trzeba tam być. Mam tylko nadzieję, że warszawiacy wystąpią w namiocie. Ostatecznie scena leśna. Koncert w sumie trwał grubo ponad godzinę. Szczerze mówiąc nie patrzyłem na zegarek. Nie miałem na to czasu, gdzye tyle fajnych rzeczy dizało się na scenie. Impreza przeniosła się do pobliskiego Carpe Diem gdzie chwytałem chwilę przy utworach The Beatles i Village People. Wieczór zaliczyć można do udanych.

Paolo Maldini

maldiniJuż dzisiaj można powiedzieć, że Paolo Maldini wybitnym piłkarzem BYŁ.

Wczoraj Kapitan Milanu rozegrał swój ostatni oficjalny mecz w karierze. Rossoneri pokonując Fiorentinę 2:0 zapewnili sobie udział w Lidze Mistrzów bez konieczności gry w kwalifikacjach. Był to 902 oficjalny mecz dla Paolo Maldiniego w czerwono-czarnych barwach i zarazem ostatni.

Paolo Maldini to nie tylko symbol Milanu. To istny symbol przywiązania do barw klubowych. Wśród kibiców i ludzi związanych z klubem uważany za legendę Rossonerich. Numer 3 już nie pojawi się nigdy na koszulce żadnego piłkarza Milanu. No chyba, że będzie to jeden z synów Paolo, którzy już dają radę.

Dość niesamowitą sprawą jest fakt, że Malidni nigdy nie schodził z wysokiego poziomu gry. Nawet gdy już był czterdziestolatkiem to okazywał się najpewniejszym punktem obrony Milanistów.Trenerzy i Lekarze byli zdumieni, że Paolo pod względem fizycznym wygląda jakby miał ze dziesięć lat mniej. Dodając do tego ogromne doświadczenie mamy w rezultacie najlepszego obrońcę w dziejach futbolu.

20 styczeń 1985. W tym dniu Paolo Maldini debiutował w drużynie Milanu. Przez ten czas zdobył z tą drużyną dosłownie wszystko i to w hurtowych ilościach, gdyż jego gra dla drużyny trafia na tak złote okresy jak era Sacchiego oraz era Ancelottiego. Dwa największe rozczarowania Paolo to z pewnością fakt, że nigdy nie przyznana mu Złotej Piłki France Football oraz gorycz porażki w finale MŚ w 1994 roku z Brazylią.

Maldini to dla mnie dobitny przykład prawdziwego profesjonalizmu. Szkoda, że tak mało zawodników można obecnie spotkać. Grazie Paolo.