Franz Ferdinand – Tonight: Franz Ferdinand

franz-ferdinand-tonightUbierzcie wasze przyciasne garniaki, poluzujcie krawaty, rozczochrajcie hairstyle, zamontujcie w pokoju kule dyskotekowe, podświetlane dancefloor’y, zaproście waszych indie znajomych na naszej klasie i zapodajcie Dzisiejszego wieczoru: Franz Ferdinand.

Tonihgt: Franz Ferdinand to propozycja na dziś ode mnie. Nie sądziłem, że to napiszę, ale tak jest. Ta płyta jest na prawdę dobra. Olejcie różnoraki medialny hype. Ta płyta daje radę. Ba, daje radość. Być może jest  i najlepszą w dorobku szkockiego indie-bandu. Chodź to bardzo śmiałe określenie.

Prawdę mówiąc nie brałem pod uwagę tego, że uda im się nagrać coś porównywalnie dobrego do debiutu. Postawiłem ich w jednej linii z ich brit współlokatorami na last.fm, czyli Kasabian, Kaiser Chiefs, The Fratellis itd. Uważałem, że tak jak wymienione kapele po interesujących debiutach popadną w szarość MTV2. Będą tworzyć kiepskie płyty, oceniane przez NME na 8-9, włóczyć się po wszelakich festiwalach przepełnionych dzieciakami doznającymi przy Glasvegas i nagrywać teledyski bez jaj. O jakże się myliłem kiedy usłyszałem po raz pierwszy tę płytę. Alex Kapranos z resztą mocno dojrzeli. To prawdziwe indie gwiazdy, nie jakieś brudasy.

Słyszeć tę dojrzałość od pierwszego dźwięku, który zapodaje nam Franz Ferdinand. Świetny Opener jakim jest Ulysses, czyli pierwszy singiel z płyty. Jest tanecznie, dyskotekowo, z pazurem. Jak się zmienił FF? Zacznijmy od lidera. Alex Kapranos. Zaliczony znaczny progres jeżeli chodzi o wokal. Śpiew falsetem dobrze wychodzi przy tego typu utworach. Wraz z zwolnieniem tempa prawie, że szepcze. Kapranos na tej płycie wyszedł znakomicie. Robert Hardy. Robert and his bass kicks every hard ass. Zgadza się. Gitara basowa została bardziej wyekspensowana w stosunku do poprzednich płyt co wyszło na dobre. Bo to mocny punkt tej płyty. Paul Thomson bardziej urozmaica teraz perkusje o liczne przejścia. Nie jest to już granie na jedno kopyto, rytm na dwa i jazda. Znaczny postęp w tej dziedzinie. A nie od dziś wiadomo, że ja zwracam uwagę szczególną na drum i dlatego tu jest u mnie bardzo duży plus. No i na koniec Nicholas McCarthy. Tutaj mniej to zauważalne, ale nadal ma dobre solówki.

Nie należy zapomnieć o klawiszu i wszechobecnym syntezatorze. Przecież w ciągu 8 minutowego Lucid Dreams połowa czasu to techniwakowy bicik wyrwany niczym z kompozycji Chemical Brothers czy Prodigy. Szkotom udało się to co zjebało Bloc Party na Intimacy. Jak widać zabawa z elektronika nie jest dana wszystkim.

Mimo, że płyta jest z lekksza nie równa to warto jej posłuchać bo jak na razie jest to jedna z lepszych pozycji jakie się pojawiły w tym roku. Panie i Panowie! Zapraszam do tańca. Ocena: 7\10.

Zapoznajcie się z pierwszym singlem Ulysses.

Reklamy

To / IT!

toCzłowiek, który w wieku pięciu, sześciu lat widział film o klaunie pożerającym dzieci musi inaczej się zachowywać w społeczeństwie. Zamyka się w sobie, jest nieufny, słucha Arcade Fire…

Ja jestem takim człowiekiem. To jest straszne jak ten film na mnie wpłynął. W bardzo młodym wieku zapoznałem się z takimi horrorami jak: Koszmar z Ulicy Wiązów, Wstrząsy, Gremliny, Alien, Candyman. Nic dziwnego, że mam skrzywioną psychikę. Dlatego po latach zapomnienia postanowiłem wrócić do poniektórych horrorów z przeszłości, które mocno mnie przeraziły. To zostawiłem sobie na sam koniec. To tak mnie przestraszyło, że moja podświadomość wyparła go z wspomnień. Dopiero po latach gdy zobaczyłem przypadkowo To zdjęcie straszne wspomnienia z dzieciństwa powróciły.

Film opowiada historię siódemki przyjaciół, którzy są prześladowani przez klauna pożerającego dzieci. Richie, Eddie, Stan, Beverly, Mike, Ben i Bill postanawiają coś z tym zrobić. Udają się do miejscowych kanałów, gdzie owe monstrum mieszka i pozbywają się go. 3o lat później okazuje się, że Pennywise – tańczący klaun jednak żyje i che się zemścić.

W sumie nie wiem czego się spodziewałem po obejrzeniu tego filmu drugi raz już 15 lat później. Nie był on aż taki straszny, chodź niektóre sceny faktycznie przerażały. Film trwa 3 godziny. Stanowczo za długo. Momentami przynudzał. Niektóre sceny można było całkowicie wyciąć. Pierwsza część filmu to retrospekcje. Pokazane zostały wspomnienia każdego bohatera związane z miastem Derry i spotkaniem po raz pierwszy z krwiożerczym klaunem. Ta część filmu jest najlepsza i najbardziej klimatyczna. Druga część to spotkanie po latach i ostateczny pojedynek z tańczącym klaunem. Tu akurat są lepsze i gorsze momenty. Zakończenie jest fatalne. Innym minusem są aktorzy. Nie popisali się. Nie uwierzyłem im. Podobała mi się tylko kreacja miejscowego rozrabiaki – Henry’ego Bowersa no i oczywiście samego Pennywise’a, którego zagrał Tim Curry.

Na plus zaznaczę scenariusz. Bo TO zostało oparte na bazie prozy Kinga, który napisał książkę o tym samym tytule. Nie czytałem książki, ale słyszałem, że jest niezła i wierzę na słowo. Postaram się jeszcze kiedyś przeczytać książkę, ale wracając do filmu. Film jest z 1990 roku. Nie należy oczekiwać niczego wielkiego. Efekty specjalne na niskim poziomie a film jest bardziej horrorem psychologicznym z elementami melodramatu aniżeli typowym horrorem pełnym ludzkich członków i krwi.

Po obejrzeniu tego filmu sobie uświadomiłem to co przekazywał King. W dzieciństwie wierzyłem w TO, bałem się. Teraz gdy już mam wąsy i włosy pod pachami nie przeraża mnie TO. Tak samo przedstawił sytuacje King. Pennywise mógł zabic tylko kogoś, kto w niego wierzył i się bał.

Ogólnie film jest mocno klimatyczny i w miarę daje radę. Nie polecam go każdemu. Jeżeli bałeś się tego klauna w dzieciństwie lub jesteś fanem Kinga to spokojnie możesz poświęcić 3 godziny na ten film. Nie pokazujcie go raczej dzieciom. Ocena: 6\10.

Wolf Parade – Apologies To The Queen Mary

wolf-parade-apologise-to-the-queen-maryZacznę od tego, że jest mi przykro z powodu dość sporej przerwy w recenzowaniu. Nie sądziłem, że rok 2009 zacznie się od takich zawirowań. Nie będę tu jednak pisał o moich przygodach z zaliczaniem, pracą, policją itd. To na pudelku sobie poczytacie. Tym czasem na nowy rok mam dla Was sporą dawkę świetnej muzyki!

Mowa o debiutanckiej płycie Wolf Parade – Apologies to The Queen Mary. Wiem, że niektórzy obeznani na rynku muzycznym powiedzą: „też mi odkrycie… toż to hype 2005!”. Jednak wielu ludzi wciąż uważa, że Coma jest dobra, dlatego trzeba pisać o takich zespołach, o zespołach ambitnie grających. Wolf Parade także mi polecono. I nie żałuje do dziś, że sięgnąłem po album Kanadyjczyków. By mnie zachęcić stwierdzono, że zalatują Arcade Fire. Coś w tym jest, ale nie do końca. Arcade Fire troszkę czasu słuchałem dość nagminnie i wiem, że mimo wszystko nie do końca to porównanie jest trafne. Oba zespoły są z Kanady i oba nagrały świetne płyty. Jednak w brzmieniu to różnie bywa. Zespół małżeństwa Butlerów ma znacznie bardziej rozbudowane aranżacje, jednak oba zespoły ciągną na intrygującym klimacie płyt.

Tak klimacie. Lubicie klimaciarskie motywy? Bo ja bardzo. Tak jak solary lecą na BMW tak ja lecę na świetne klimaty. Bo Wolfa Parade ma to do siebie, że stwarzają świetny klimat na tej płycie. Czuć to w każdym dźwięku. Nie jestem w stanie tego opisać bo jest to dość abstrakcyjne pojęcie. Po prostu uwierzcie na słowo.

A co oni grają jeżeli jeszcze nie wiecie? Jak napiszę indie to większość pomyśli „ahhhaa Out of Tune” dlatego określę to mianem alternative rock. Z resztą nieważne jaki gatunek. Jest melodyjnie. Dlatego powinno się spodobać każdemu kto lubi dobrą muzykę. Mi w szczególności przypadły do gustu klawisze. Siet. Dawno tak się nie zachwycałem klawiszem od czasu debiutu Kaiser Chiefs. W takim Dear Sons And Daughters Of Hungry Ghosts klawisz rządzi. Z resztą jest to jeden z moich ulubionych kawałków z tej płyty. Sam wstęp mnie rozwala. Zwalnianie, przyśpieszanie tempa i te „la la la la” powodują pojawienie się uśmiechu na mojej twarzy. Potem następuje fantastyczne klawiszowe zakończenie, które zarazem jest początkiem do nie mniej fajnego I’ll Belive in Anything. Ja także jestem w stanie uwierzyć we wszystko po usłuszeniu tej melodii.

Troszkę odstaje warstwa liryczna. Niektóre tytuły piosenek już są pretensjonalne. Tytuł openera nawet znalazł się na mojej ostatniej liście  20 najdziwniejszych tytułów piosenek. Jednak You Are A Runner And I Am My Father’s Son mimo dziwacznego tytułu daje emocjonalnego kopa i zapowiada świetną płytę. Z drugiej strony wokal prezentuje się bardzo dobrze. Polecam wszystkim spragnionym muzyki na wysokim poziomie. Moja ocena: 8/10.

Posłuchajcie We Built Another World