Artur Rojek właśnie mi uświadomił, że brakuje mi jednej płyty w moim podsumowaniu za rok 2008.
Jeżeli ktoś mieszka w Mikołowie i odwiedza co jakiś czas tamtejsze puby to wie, że Mikołów to miasto gdzie gimnazjaliści próbują swoich sił głównie w dwóch nurtach: jabol punku i szatan death metalu. Nie trzeba specjalnie długo przesiadywać w podobnym towarzystwie by wiedzieć kim byli Sex Pistols, The Clash czy Ramones. Nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem punku. Szanuje dokonania pionierów z lat 70, ale generalnie punk rock mi zwisa. Można powiedzieć, że nawet trochę mnie wkurwia. Nigdy nie potrafiłem się przekonać do takiego Grabaża. Wolę punk w połączeniu z czymś melodyjnym. Coś w stylu The Hives czy Cool Kids of Death (Polski przedstawiciel) w odniesieniu to indie 2.0. Jednak to co prezentuje Fucked Up do mnie dociera.
Założę się, że największy wpływ na ich noisowy hardcore miało samo terytorium Kanady. W ogóle jakaś dziwna jest tendencja w tych północnych krainach. Ameryka Północna ma swoją Kanadę a my Szwecję. Zawsze można się spodziewać czegoś dobrego i ambitnego po tych krajach. I tego się spodziewałem po Kanadyjczykach. Oni potrafili wykrzesać z punk rocka coś konkretnego i dającego coś znacznie więcej niż tylko podstawę do buntowniczego podskakiwania spoconych i brudnych nastolatków.
Kolesie napierdalają dosyć konkretnie, jest ten noise, jest hard i core, jest punk i rock. Hałas zupełnie nie przeszkadza, nie denerwuje nas, nie pojawia się poirytowanie nawet przy darciu ryja wokalisty Pink Eye’s. Chyba to było brakujące ogniwo punku. Dla mnie ten nurt zawsze był w ciul wtórny. Fucked Up sprawili, że powiało trochę świeżym powietrzem. Przyznam, że szło już się udusić w tym dusznym powietrzu przepełnionym fetorem spoconych nastoletnich punków. Wydaje mi się, że najnowsza płyta Fuckedów (?) ma najlepszy opener ostatnich lat. Co to jest na początku flażolet? flecik? a potem z tego spokoju wyłania się to prawdziwe oblicze Kanadyjczyków.
Zajebistą sprawą są koncerty grupy. Kilka już zostało owianych (złą) sławą. Zacytuję biografię na Last.fm: “Mają na na koncie tak spektakularne występy jak zniszczenie kanadyjskiego studio MTV czy nocny koncert na moście w ramach festiwalu SXSW, który przerodził się w policyjne zamieszki. Pośród licznych kolaboracji zespołu z innymi artystami, warto wspomnieć o występie w lutym 2008 w The Independent w San Francisco, kiedy razem z Jello Biafra z Dead Kennedys wykonali hymn The Ramones „Blitzkrieg Bop”.” I wogóle jak oni wygladają. Dla mnie dużo skojarzeń z Les Savy Favs. Nie tylko z wyglądem obu wokalistów ale i spontanicznością na scenie, chociaż w ich przypadku to różnie bywa z przebywaniem na scenie.
Podsumowując warto posłuchać The Chemistry of Common Life (shit okładka!) i warto wybrać się na ich koncert, wrażenia w obu przypadkach zapewnione. A tak btw nie tylko ja ich doceniłem. Ocena: 8/10