Animal Collective – Strawberry Jam

listopad 6, 2009 - autor: paweuu

strawberry-jamTrochę to potrwało zanim ogarnąłem cały ten fenomen Animal Collective. jednak warto było poczekać, niektóre sprawy potrzebują więcej czasu na przemyślenie.

Bo serio na początku nie ogarniałem zachwytów nad Strawberry Jam. Podobało mi się, ale nie widziałem tutaj tego CZEGOŚ. A dla wielu Animal Collective to Bogowie niczym Thom Yorke i spółka. Czemu? Oni jeszcze nie nagrali niczego słabego. I co więcej nie brzmią jak setki innych zespołów. Chwała im za to. I ostatnio zrozumiałem. Olśniło mnie. Promyk światła z góry oświecił mi drogę do Animali. Ci kolesie zasadzili mi porządnego kopa i powiedzieli w amerykańskim slangu: “This is Your Life!”. Teraz już wiem.

Nie chce rozwodzić się tutaj nad poszczególnymi piosenkami i co więcej nawet nie próbuje opisać ich muzyki. Nie potrafię tego zrobić, nie będę porywał się z motyką na słońce. Bo czego bym nie napisał to nie odda to w pełni ich muzyki. Mogę tylko opisać emocje jakie towarzyszą mi przy odsłuchach Strawberry Jam. Radość, radość, radość. Z życia chyba? Nie wiem. Czasami mi się wydaje, że ta płyta to soundtrack moich zwykłych dni. Idę do pracy słucham Animali. W pracy nucę For Reverend Green bądź Chores. Wracam z pracy to słucham Animali. W domu słucham Animali. Jadę samochodem słucham Animali. Tak wyglądają ostatnie dni. Mocno się wkręciłem w tą muzę.

Mimo, że jest melodyjnie to jest to dość specyficzna muza i nie jest tak, że zakochacie się od razu w nich. To może potrwać u mnie to trochę trwało zanim mózg przestał się bronić przed nimi w końcu stwierdził Pitchfork i inni mają rację, oni rządzą i dzielą w tym momencie. Przy tej płycie można spędzić wiele fajnych chwil, polecam szczerze. Ocena: 9/10.

P.S. Posłuchajcie sobie Peacebone. Fajny teledysk. Pozdro!

The Rapture – Echoes

październik 29, 2009 - autor: paweuu

echoesTo jak już jesteśmy w tanecznych klimatach w stylu wykrzyknikowej muzy przepełnionej bouncem, elektroniką, rytmiką i transem to należałoby pójść za ciosem i sprawdzić Rapture. Jednym słowem wbijajcie na imprezkę. Czeka na was wiele wspaniałych przeżyć i ogrom wrażeń.

“1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 I’m floating in a constant heaven”. Zaczynamy. OK nie ukrywam, że płytka jest wypasiona, ale nie jest już taką całościowo imprezową. Bo o ile przy Echoes badź I Need Your Love idzie wymiatać na parkiecie to przy Open Up Your Heart to tylko przytulić się do dziewczyny/chłopaka, misia/poduszki i przeżywać, zachwycać się pięknem. No bo jak się nie wzruszyć przy takim tekście: “When your sad and lonely / And your mind sees you only / Take a chance you can fight it / Open up your heart”.

The Rapture ma to do siebie, że miesza ze sobą wiele gatunków, nie przesadzając zbytnio i bardzo dobrze wychodząc na tym. Pogratulować. Nie brakuje tu punkowości (The Coming of Spring), dance’u (House Of Jealous Lovers), elektroniki (Sister Savior) a to wszystko przysłania dość często eksploatowany wyraz w dzisiejszych czasach: INDIE. Jak już mówiłem jest przez długi okres czasu tanecznie, ale nie brakuje momentów nostalgicznych. W zasadzie płyta dobra na imprezę, przejażdżkę samochodem i podobne temu klimaty. Daje dość sporo radości. Nie porywa całościowo, nie jest może tak spójna jak powinna być przez mieszane gatunki, ale daje rady. Jeżeli uważasz, że !!! czy LCD Soundsystem to Twoja drużyna to powinieneś przybić piątkę kolesiom z The Rapture. Doświadczysz uniesienia i zachwytu. Nazwa nie przypadkowa.

Ocena: 7/10. Posłuchajcie sobie:  House Of Jealous Lovers. Myślę, że warto. Nie stracicie czasu.


!!! – Myth Takes

październik 21, 2009 - autor: paweuu

myth-takesTo może napisze o płycie, którą wałkowałem przez wrzesień? Nie sprawdzałem żadnych nowych wydawnictw ostatnio także sięgnę do niedawnej przeszłości.

Wrzesień to był dziwny miesiąc, październik jest jeszcze dziwniejszy (widać to po częstotliwości moich wpisów). W każdym bądź razie przygotowując się w weekendowe noce do poprawek ze systemów politycznych i nauki o państwie i prawie umilałem sobie dodatkowo czas płytą Myth Takes. Zaliczyłem egzaminy ostatecznie, ale nie o tym chciałem pisać. Generalnie płyta w każdym kawałku daje radę. Mocne brzmienie basu, trans, rytmiczność i trochę takiego mroku przeplatanego z neonowymi światłami. Jest nostalgicznie, snobistycznie ale i za razem tanecznie i przystępnie. Jak oni to robią? Nie wiem, nie zastanawiam się nad tym i tak już dużo myśli siedzi w mojej łowie, ale posłuchać z przyjemnością można. Ba, do tego może się nawet pobawić przy odpowiednich warunkach. Dobra muza na piątkowy wieczór czy to siedzisz w pubie ze znajomymi czy też samemu w domu z książką.

Pojawiają się głosy, że płyta nudzi, jest średnia a kawałki mało różnią się od siebie. Powiem tak. Nie jest to arcydzieło, ale dobra płyta, która zapewni nam maksimum rozrywki. Po co chcieć więcej? Heart of Hearts nie zbawia świata, ale przez swój hi-hat i chórki daje wiele radości ze słuchania. Sweet Life rządzi dzięki fajnej gitarce. A Band Over Beethoven? Ponad 8 minut znakomitego muzycznego transu miażdżącego mózg. Świetna robota perkusisty. Poza tym wokale robią swoje. Pojawia się klimat. To chyba wszystko z mojej strony. Ocena : 7/10

Posłuchajcie Heart of Hearts i sami oceńcie. Do usłyszenia.

Hatifnats – Before It Is Too Late

październik 12, 2009 - autor: paweuu

hatifnatsI znowu trzeba się pastwić nad polską kapelą. Ehhh.

Dobra jedziem. Nie będę ukrywał, że nie chce mi się. Nie chce mi się znowu wypominać tych samych błędów, które powielane są u każdego młodego polskiego bandu. Ok jest to o niebo lepsze niż Kumka Olik (jeszcze są na topie?) czy Out of Tune (o tych to już nikt nie pamięta, zgiń! przepadnij!) . Jednak już przy Rentonie wygląda to słabiutko. W ogóle pisanie o polskich zespołach zachodzi nie raz o jakąś profanacje i ocena przeważnie będzie zawyżona. Jednak spróbujmy rozgryźć warszawiaków.

Zbierali plusy już od początku. Jeszcze bez kontraktu wyglądali na ciekawie zapowiadający się zespół, oczywiście dalej tacy są (do czasu nagrania drugiej płyty), jednak duże oczekiwania od zespołu sprawiły wielkie rozczarowanie albumem. Ja sam nie wiem czego się spodziewałem. Chyba niczego. Horses From Shellville brzmiało rewelacyjnie. Takie mroczne, tajemnicze, dynamiczne. I ten koleś niczym nimfa czy coś takiego. Na albumie brakuje tych samych wrażeń, które mi towarzyszyły prze pierwszych odsłuchach pierwszych piosenek. Czasami zdarzy się usłyszeć co interesującego, ale zaraz o tym, zapominamy. Potem nie możemy wrócić do tego “fajnego momentu” bo nie pamiętamy, która to była piosenka bo wszystkie brzmią tak samo, wkurzamy się, włączamy Grizzly Bear czy Interpol i od czasu do czasu wracamy do koni z Shellville by przypomnieć sobie, że mogło być bardzo dobrze. Miao być klimatycznie, ciekawie i porywająco. Tym czasem jest nudno, smutno i słabiutko. Ocena: 4/10

Posłuchajcie Horses From Shellville

Les Savy Fav – Inches

październik 7, 2009 - autor: paweuu

inchesJeszcze nie tak dawno temu jak wychodziłem na dwór to było widno a drzewa walczyły ze sobą o moją uwagę pokazując mi to coraz różowsze kolory kwiatów. Teraz ciemno, wieje a do butów przyklejają się opadłe mokre liście. Wiadomo, że jesień to okres wałkowania smętów spod szyldu Arcade Fire bądź Jeffa Buckleya. Ja polecam Les Savy Fav.

Pamiętam, że poprzedniej jesieni męczyłem niemiłosiernie tą płytę ciągłymi odsłuchaniami. Powiem, że jesień przy muzie Tima Harringtona i reszty chłopaków jest zupełnie ciekawsza. Bardziej żywa i energiczna. Jednak nadal pozostaje powaga towarzysząca jesiennym rozmyślaniom przy oknie. Generalnie zastanawiasz się czy śnieg spadnie jutro i jeśli tak to czy znowu będzie leżał do kwietnia, może maja? Wkurzasz się, że znowu słonce widzisz przez 5 minut dziennie a ciągłe wiatry nie dają Ci spokojnie myśleć. Polecam wtedy antybiotyk w postaci Inches. To działa. Nie rozweseli wam życia raczej w tym okresie, ale nie tego oczekujemy. Poszukujemy ukojenia a to nam daje album Les Savy Fav.

Na prawdę nie ma chyba niczego lepszego niż wyciągnięcie fajki do Hold On To Your Genre. Wdech, wydech. Od razu luźniej człowiekowi.Wogóle klimatycznie zaczyna się ta składanka “przebojów” spod ręki Harringtona. Meet Me In The Dollar Bin. Pojawiają się ciarki. Serio. Wspaniałego nastroju dodaje wokal Tima. Jego osoba wiele daje tej muzie. Charyzmatyczna osobowość na plus także. Czasami się zastanawiam czy to czasem Tim Harrington nie jest moim ulubionym wokalistą. Oczywiście chodzi o barwę głosu. Bo wyglądać tak jak on bym nie chciał, wiadomo.

Inne pozytywy to oczywiście perkusja. Klasyka jeżeli chodzi o moje oceny. The Sweat Descends pod tym względem wymiata, One Way Window także. W zasadzie w każdym utworze na płycie jest mocno istotny punkt. Gitara? Yawn, Yawn, Yawn oczywiście mega plusior. Jeden z tych najbardziej przygniatających kawałków. No i nawet pojawia się fajny syntezator pod koniec. I te powtarzane: “so let’s get-get-get-get-het it on!”. Masakra człowieku.

Minusów jest mało, ale jednak. Głównym chyba jest to, że to zbiór, składanka wcześniejszych kawałków Les Savy Fav. Rozpatruje się to także jako plus, ale czasami zdaje się, że utwory są po umieszczane nie właściwie. Brakuje jakiejś spójności. Widoczne jest to już pod koniec płyty, która mniej porywa niż pierwsza część. Jednak nadal uważam, że ten album jest wyśmienity. Podobno Rome i Go Forth lepsze, ale nie mogę potwierdzić. Także polecam na początek Inches jeżeli ktoś nie zna a chciałby poczuć się cool w te długie jesienne wieczory. Ocena: 8/10

P.S. Miejmy nadzieje, że zjawią się w Polsce na jakimś koncercie. Live wymiatają. Sprawdźcie sami tutaj. Pozdro!

Yo La Tengo – Popular Songs

wrzesień 30, 2009 - autor: paweuu

PopularsongsNo na początku myślałem, że tytuł płyty jest ironicznym żartem w stylu Mogwaia i ich Happy Songs for Happy People. Znamy Yo La Tengo. Ich piosenki nie są popularne, ale te najnowsze jak najbardziej mogą takie być!

Nie spodziewałbym się po “Jolce”, że wyda typowo wakacyjną płytę. Bo tak trzeba mówić o Popular Songs i zawartości w środku zapakowanej w kolorowy papier. Oczywiście Yo La Tengo nie odchodzi jednocześnie od swoich mrocznych, depresyjnych klimatów. Jednak trzeba przyznać, że ta płyta nadaje się jako tło do leżenia brzuchem do góry i wygrzewaniu się na słońcu. W końcu jakaś alternatywa dla indje młodzieży. Jeżeli jednak nie jesteśmy na plaży w Tunezji to możemy sobie zamknąć oczy, wsłuchać się w dźwięki a wyobrażenie pięknych, malowniczych miejsc samo przyjdzie. Przy takim Nothing to Hide jeździmy małym skuterem bo wąskich włoskich uliczkach, Periodically Double or Triple to kolejne skojarzenie z małym europejskim miasteczkiem w upalny dzień. Ahhh szkoda, że idzie zima…

Nie jest to oczywiście najlepsza płyta w szerokiej dyskografii amerykańskiej niemal już legendy indie. Jednak mocny punkt. Trochę szkoda, że im dalej idziemy to płyta jakby traci swoje jaskrawe barwy. Taki początkowy Here To Fall jest wyśmienity. Chwila niepokoju, werbel niczym cios Kliczki, bas. By było wakacyjnie pojawiają się skrzypce jak w zeszłorocznym Coldplay’u. No po prostu jest dobrze. Jednak trzy ostatnie kawałki zdecydowanie za długie. Ostatni And the Glitter Is Gone w szczególności. Można było to bardziej po mogwai’owsku rozwiązać a tak pojawiają się dłużyzny i nie jest tak fajnie jak na początku albumu.

Czekamy teraz na koncert w Katowicach. Ocena: 6/10. Posłuchajcie Here To Fall


The XX – XX

wrzesień 26, 2009 - autor: paweuu

the-xxRaz do roku pojawia się mała ilość płyt, których hype określa się tym słusznym. Mówimy wtedy o odkryciu muzycznym roku, debiucie mijających dwunastu miesięcy. W tym momencie chyba jest już taka płyta i jeżeli nie pojawi się nic ciekawszego to o Londyńczyków nie zabraknie na żadnej liście podsumowującej rok 2009.

Mimo, że nazwa mało radiowa to muzyka interesująca. Początkowo nie byłem zbyt chętny posłuchać tego albumu. Screenagers wcale nie zachęcił zwłaszcza, że u nich każda płyta dostaje 7. Daje radę. Najmocniejszym punktem płyty jest fakt, że te piosenki podobają się od pierwszego odsłuchu. Spodobać się powinna każdemu. Najbardziej chyba jednak fanom “zimnego” grania. Joy Division na pewno mocno wpłynął na ich muzykę. Fakt, że wokal jest podzielony pomiędzy dwie osoby płci przeciwnych powoduje u mnie skojarzenia z Iowa Super Soccer. I mimo, że nasz polski duet ma swój urok to Romy Madley Croft i Oliver Sim wywołują dreszcze. Idealnie się dopełniają wokalnie. Pojawią się magia.

Posłuchajcie sobie płyty w zaciszu domu, czy tam gdzie chcecie. Udzieli się wam niepowtarzalny klimacik. Taki Shelter na przykład. Przywołuje na prawdę fajne myśli. Płyta cała nie mal, że akustyczna. Jest w dodatku melodyjnie. Mocny punkt to partia basu w każdym utworze.15 kawałków może na początku odstraszać, ale jest to szybka, przyjemna i wygodna podróż w głąb Londynu. Przy Basic Space można spróbować nawet baunsować. Każdy kawałek trzyma poziom i generalnie warto polecić płytę znajomemu bez siary. Chociaż jak mówiłem na wstępie The XX to hype tego roku. Nie znanie to w pewnych snobistycznych kręgach faux pas.

Warto odnotować także dobre teksty co coraz częściej jest rzadkością u młodych, debiutujących zespołów. W szczególności fajna wymiana zdań w Stars“But if stars, shouldn’t shine/ By the very first time/ Then dear it’s fine, so fine by me/ ‘Cos we can give it time/ So much time With me”. Podsumowując. Płyta bardzo dobra, może bez szału. Nie wali na kolana, ale cieszy uszy. Ocena: 7/10.

Jamie T – Kings & Queens

wrzesień 20, 2009 - autor: paweuu

jamietDużo ostatnimi czasy się dyskutuje na temat wydawnictw muzycznych. Zwłaszcza o formie w jakiej mają być dostępne. O ile jestem przeciwnikiem sprzedawania wyłącznie bezpłciowych mp3 zamiast płyt cd. Wiadomo półka z płytami lepiej wygląda niż dysk z milionem gigabajtów mp3. Jednak już nagrywanie wyłącznie singli zamiast całych albumów powinno niektórym wykonawcom wyjść na dobre.

Taki Jamie T to tylko kropla w morzu  na brytyjskim (i nie tylko) rynku muzycznym pełnym bezwartościowego grania. Skuszony dwoma singlami postanowiłem sprawdzić całą płytę. Nuuuuudyyyy. Ta płyta Kings & Queens to tylko dwie w miarę fajne piosenki: Sticks ‘N’ Stones oraz Chaka Demus. Oba single. Reszta to totalne zapchaj dziury tylko po to by nagrać cały album. Single jak wiadomo są przebojowe. Jamie T łączy hip-hop z indie rockiem. Chórki dodają do tego popowości. Mamy hity. Całościowo jednak wygląda to dość mizernie. Piosenki są płytki, nijakie, nudne, ciągnące się w nieskończoność. Po przesłuchaniu płyty dochodzi do nas: “Jej co ja w zasadzie słuchałem?”.

Wolę młodego angola jako żywo rapującego kolesia do fajnych melodii o brytyjskim społeczeństwie itd. Na płycie to różnie wygląda. Emily’s Heart to typowy gitarowy wzruszacz. Nie przekonywuje mnie tutaj Jamie. Już taki Castro Dies lepiej brzmi. Słychać inspiracje amerykańskim wpływem. RUN/DMC zapewne jest znany młodej gwieździe MTV2. To taki w zasadzie jaśniejszy punkt tej płyty poza wspomniani dwoma singlami. Earth, Wind & Fire generalnie ma dobre momenty to i by uszło. British Intelligence ma natomiast nawet fajną gitarkę w tle. Jednak to za mało na dobrą ocenę. Za mało. Lubię The Streets bo wiem, że Mike Skinner na pewno miał ogromny wpływ na to co teraz robi Jamie T. Jednak Kings & Queens to słaba płyta. Nie ma co przeciągać tą i tak już naciągniętą recenzje. Ocena: 3/10

Posłuchajcie Chaka Demus.

Muse – The Resistance

wrzesień 15, 2009 - autor: paweuu

The-ResistanceNo i jest. Najbardziej patetyczna, pretensjonalna, przesadzona i oczekiwana (w pewnych kręgach) płyta roku. Panie i Panowie. O to nowa płyta Muse. The Resistance! Yeaaah.

Powiem szczerze, że w tym momencie jeszcze nie wiem jaką przyznać ocenę. Dowiemy się na samym końcu. Jestem jednak pewien, że piąty już album Muse. Jest albumem nawet dobrym, ale najgorszym w całej ich dyskografii. Patos i pretensjonalność sięga tu zenitu.  Z jednej strony dobrze. Nie dadzą się zaszufladkować w britpop czy srindie, ale zabawa w zbawianie ludzkich dusz a la Queen nie wyjdzie im na dobre. Zacznijmy od początku.

Od dawna było wiadomo, że Muse będzie szedł w stronę “rocka progresywnego”, elektronikę i zabawy z orkiestrą. Tytuły piosenek, które zespół prezentował na swoim Twitterze tylko tą tezę potwierdzały. “Exogenesis: Symphony”? WTF? W Lipcu zespół zaprezentował w kawałkach United States of Eurasia. Nie było dobrze. Najgorszy utwór w dziejach tej kapeli nie zachęcał, w dodatku utwierdzał w przekonaniu, że od Black Holes of Revelations będzie już tylko gorzej, gorzej i gorzej. Trochę nadziei na średniactwo przywrócił Uprising, najgorszy do tej pory singiel zespołu.

W końcu nadszedł wrzesień. Można było przesłuchać 30 sekundowych fragmentów, które nie za bardzo wzruszały. W końcu gdy dało się posłuchać całości dochodzi się do pewnego łatwego wniosku: “fajnie, fajnie, ale to najgorsza ich płyta”. Początek eksperymentalny jak to zwykle u Muse bywa. Uprising, z fajnymi momentami i nawet niezłym basem. Resistance, Undisclosed Desires czy Guiding Light poprzez klawisze, syntezatory niebezpiecznie zahaczają już w tym momencie o kicz. Jednak pomijając to warto odnotować dobre teksty i nawet niezłe momenty. Gdzieś na wysokości 2:05 Resistance nabiera ta “coś” co lubię u Muse. Undisclosed Desires to kolejna część przygód z disco a la Supermassive Black Hole. No i tekst niczego sobie. “I want to reconcile the violence in your heart / I want to recognize your beauty’s not just a mask”. Spoko. Widoczne duże inspiracje dokonaniami grup z lat 80 jak wspomniany wcześniej Queen czy nawet Duran Duran. Te solówki gitarowe na Guiding Light czy cały już United States of Eurasia, który generalnie drażni całością. Tekstem, idiotyczną melodyjką wyrwaną niczym z gry “Perskie Wojny” i chórkami. Argghhh.

Fani powinni być bardziej zadowoleni z drugiej części płyty, która dla mnie jest auto kopią z lekksza. Taki Unnatural Selection. OK dynamiczny, fajna perkusja. Nie brzmi wam to jednak jak New Born? Są fajne momenty, ale już ta hardkorową końcówkę można było sobie odpuścić. MK Ultra. Tutaj fani pieją z zachwytów. I generalnie rozumiem tą postawę bo w sumie mocny punkt płyty. Granie spod znaku The Small Print, już wyobrażam sobie Bellamy’ego skaczącego z gitarą większą od niego przy tym utworze. No i dochodzimy do najlepszego momentu płyty. Oj tak, tak. Nie tylko ja podzielam taką opinię, że I Belong To You/Mon Coeur S’Ouvre a Toi to najlepszy kawałek na płycie:

xxx
2009-09-11 15:12:23
szczerze….czy mi sie podoba?

Ja1
2009-09-11 15:12:54
pewnie nie

xxx
2009-09-11 15:12:56
zarąbista,jestem w polowie ale naprawdę fajna!
2009-09-11 15:13:03
no co ty super

Ja1
2009-09-11 15:13:12
to luzacko

xxx
2009-09-11 15:13:19
zaraz druga po Creep,ale fajna jest sciagne ja sobie

mawgli mówi:
wrzesień 12, 2009 o 8:13 am | Odpowiedz edytuj

Ja słuchałam ‘mon coeur s’ouvre a Toi…’ zarąbista.Posłuchaj warto.;))

No i jak się okazuje najlepszy kawałek na płycie to cover. Nie dobrze. Na koniec jeszcze Bellamy spełnia swoje marzenia o albumie z orkiestrą. Fani spod znaku Absolution powinni być zadowoleni. Oczywiście sporo Chopina z nutką wokalu Bellam’ego wyrwanego niczym z Micro Cuts, riffującą gdzieś w tle gitarą i spokojna perkusją. Zespół eksperymentuje na maksa. Brak tutaj radiowych killerów w stylu Starlight. Oni mogą sobie na to pozwolić. Młody rocznik ich ubóstwia a angielskie media ustawiają w jednym szeregu z Radiohead a nawet The Beatles. Muse ma się dobrze. Nie nagrywa już takich płyt jak Showbiz czy Origin of Symmetry. Wystarczy przejechać się po Ameryce z Bono. Efekt Gwarantowany.

Zabawa w robienie z siebie zlepek najlepszych wykonawców w dziejach trwa. Ocena: 6/10. Posłuchajcie sobie Mon Coeur S’Ouvre a Toi.

Dinosaur Jr – Farm

wrzesień 9, 2009 - autor: paweuu

dinosaur-jr-farm-album-artOk. W sumie fajna sprawa z tym nowym wydawnictwem Dinosaur Jr. Nie ukrywam, że jestem zaskoczony. Pozytywnie.

No bo generalnie ile to już było tych wielkich powrotów? The Verve, Guns N’ Roses, Queen (plis) i ostatnio nawet Public Image Ltd. Nie ukrywajmy. To są zwykłe skoki na kasę. Lepiej skończyć w odpowiednim momencie i dać sobie spokój. Sądziłem, że Dinosaur Jr – czyli legenda indie, pionier, lata 80, esencja, jeden z tych wykonawców, który faktycznie można nazwać indie.Sądziłem,że w chwili kiedy weszła moda na trampki i bycie off wracają by dorobić do emerytury.

No myliłem się. Oni faktycznie jeszcze potrafią nagrywać z głową. Może nie porywają już tak jak kiedyś. Może to nie to samo co legendarne albumy z lat 80, ale na pewno wyróżniają się wśród nowych produkcji młodszych kolegów. Chociaż czasem się zastanawiam, może to iluzja? Chęć odnalezienia tego jednego wykonawcy, legendarnego, który nie splamił swojego honoru. No bo taki U2 to wiadomo. Albo jest się krytykiem albo fanatykiem. Podobno Radiohead też już wchodzi w ten etap, ja w to nie wierzę bo jeszcze mimo wszystko nie nagrali słabej płyty. Poza tym Michael Jackson umiera, Madonna wydurnia się a Oasis rozpada. No i ci biedni recenzenci szukają tego jednego zespołu, który zawsze jest OK. Pada na Dinosau Jr.

No bo w sumie. Płyta fajna. OK, ale niektóre oceny znacznie zawyżone. Serio. To nie jest materiał na płytę roku. Tak fajne solówki gitarowe, rozbudowane aranżacje, ale… pojawiają się dłużyzny i momentami jest nie równo. Żeby czerpać przyjemność z płyty trzeba wykazać się nie tyle co miłością do indie, prawdziwego indie (Nie tego w stylu The Killers. W tym momencie można spiewać “It’s indie rock’n'roll for me”) a zwykłą cierpliwością do tego albumu. Serio godzina nawet najlepszych solówek potrafi nieźle zmęczyć. Wiadomo żyjemy w erze hardkorów, ale trochę spokoju w życiu też musi być.

W sumie to nawet nieźle, że jest głośno, rockowo itd. Kolejnej płyty z balladami nagranej przez weteranów nie zniósłbym. Będą teraz musieli uważać na ten sukces, bo za pewne obecnie są bardziej znani niż w latach 80. Znaleźć złoty środek Arystotelesa, może zacząć medytować? Trzeba zawsze pokazywać klasę. No bo jak taki Rolling Stones zostanie zapamiętany? Jako niegrzecznie gwiazdy lat 60, 70 czy brzydkie staruchy z XXI wieku? Mogę tutaj się teraz odnieść do kwestii Oasis. Cieszę się z tego co się stało. Lubiłem ten zespół. Powinni zrobić to może nawet wcześniej? Blur na tym dobrze wyszedł. I tak kończąc moje rozważania. Pointa. Lepiej zakończyć w dobrym momencie niż rozdrabniać się na drobne. A jak wracać to z klasą. Tak jak Dinosau Jr. Najważniejsze, żeby się nie “upupiać”. Ocena: 7/10

P.S. Fajna okładka