The National – Alligator

lipiec 1, 2009 by paweuu

Alligator-NationalX_The_480Pewnego ulewnego i pochmurnego wieczoru Marzena i Andrzej siedzieli w pokoju oglądając M jak Miłość. Gdy akcja serialu przybierała na tempie Marzena wyłącza telewizor argumentując to potrzebą nauki do zbliżającej się sesji. Znużony Andrzej rozpoczyna konwersacje.

-Marzenko pamiętasz taki zajebisty film z lat 80? O takim ogromnym krokodylu, który zjadł limuzynę i jeszcze inne rzeczy jadł.

-Aligator?

-O dokładnie to! Muszę poszukać go na jakimś emulu.

-Mi bardziej słowo Aligator kojarzy się z niedawną płytą The National. Z resztą chyba najlepszą ich płytą.

-Wiesz co, słuchałem ostatnio tej płyty nawet. Powiem ci, że całkiem dobra. Nie jest to mistrzostwo, ale daje radę. Jakiś porządny poziom z pewnością ta płyta prezentuje. A słuchałem jej, bo wiesz odrabiam lekcje zadane przez profesora Rojka.

- Ja bym tak się nie zachwycała Andrzej. Moim zdaniem momentami powiewa nudą na tej płycie. Poza tym drażnią mnie już zespoły, które chcą grać jak mój ukochany Interpol! Paul na pewno jest wkurzony, że go wszyscy chcą imitować.

-Paul raczej nie zastanawia się nad tym. Jeśli nawet tak to moim zdaniem powinien być zadowolony. Jednak nie przesadzałbym z porównaniem do Interpolu. Mi momentami przypominają Wolf Parade, chodź nie do końca. Alligator to mimo wszystko spokojna płyta. Taki “Daughters Of The Soho Riots” to sielanka a la National.

-Mi bardziej chodziło o barwę głosu Matta Berningera

-A wiesz co się mówi o Banksie?

-to co innego! Pozatym ta sielanka o której mówisz to nie przez cały czas. Abel to energiczny utwór, ale mnie nie przekonywuje.

Najbardziej w tym utworze podoba mi się końcowy motyw z wrzaskami. Nie mówiłem Ci jeszcze tego, ale ja na poważnie wybieram się do Mysłowic. Mam  nadzieję, że pojedziesz ze mną.

-W tamtym roku było zajebiście. Była Menomena i Caribou. Moje ulubione zespoły.

-Zawsze ceniłem Ciebie za twój wyrafinowany gust muzyczny. Co robimy w tym roku?

-Wiesz co… Jak już mówiłam National jest dla mnie wtórny a to jedyny zespół, który znam z tego rocznego line-upu. Chyba sobie odpuszczę. Myślałam raczej o innym festiwalu. Będą porządne, znane zespoły.

-Na przykład?

-Kings of Leon! Wiesz jak ich uwielbiam! Na MTV2 puszczają teraz ich nowy teledysk. I tam jest taka scena, gdzie żarówka pęka. Rozumiesz? Ta żarówka już potem nie istnieje. Oni są genialni.

- Nie wiem czy National robi także takie teledyski z wybuchami, ale mi bardziej chodzi o doznania muzyczne niż o ściskanie się z tysiącami indie dzieciaków.

-Ojj jak zwykle marudzisz. Chodź będzie super!

-Nigdy też nie potrafiłem Ci odmówić… ale jak będzie za rok w Mysłowicach Death Cab for Cutie to jedziemy!

Ocena: 7/10

Michael Jackson

czerwiec 26, 2009 by paweuu

Michael+JacksonMichael jaki był taki był, ale to wciąż Król Popu.

To nie jest tak, że nagle go zabrakło i nabrałem do niego szacunku. Ludzie tak mają, że doceniają coś dopiero gdy to stracą. Michael był zawsze dla mnie królem. Nigdy nie oceniałem go za jego życie prywatne. Ceniłem go przede wszystkim za jego twórczość sceniczną. Bo nie chodzi tutaj wyłącznie o muzykę. To także teksty, taniec czy teledyski. Radosna twórczość lat 80. Tym głównie dla mnie zasłynął Michael. Wybielenie, liczne procesy, oskarżenie o molestowanie to dla mnie mało istotne sprawy.

W końcu i tak muzyka wygrała. Ile obecnych gwiazd mogłoby się pochwalić taką reakcje na śmierć? Wiadomość forsowana przez radio co kilka minut, W telewizji stacje muzyczne nadają wkółko teledyski tylko jednego artysty a w internecie co sekundę przybywa nowy komentarz żałobny. Ostatni raz przeżyłem coś podobnego w kwietniu 2005, kiedy to umierał Jan Paweł II. Mimo wszystko ludzie go szanowali za muzykę mimo, że ostatnimi czasy mówiło się o nim jako o pedofilu i białym murzynie. To uwłaczające. Michael jest Królem Popu!

Fucked Up – The Chemistry of Common Life

czerwiec 21, 2009 by paweuu

fucked upArtur Rojek właśnie mi uświadomił, że brakuje mi jednej płyty w moim podsumowaniu za rok 2008.

Jeżeli ktoś mieszka w Mikołowie i odwiedza co jakiś czas tamtejsze puby to wie, że Mikołów to miasto gdzie gimnazjaliści próbują swoich sił głównie w dwóch nurtach: jabol punku i szatan death metalu. Nie trzeba specjalnie długo przesiadywać w podobnym towarzystwie by wiedzieć kim byli Sex Pistols, The Clash czy Ramones. Nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem punku. Szanuje dokonania pionierów z lat 70, ale generalnie punk rock mi zwisa. Można powiedzieć, że nawet trochę mnie wkurwia. Nigdy nie potrafiłem się przekonać do takiego Grabaża. Wolę punk w połączeniu z czymś melodyjnym. Coś w stylu The Hives czy Cool Kids of Death (Polski przedstawiciel) w odniesieniu to indie 2.0. Jednak to co prezentuje Fucked Up do mnie dociera.

Założę się, że największy wpływ na ich noisowy hardcore miało samo terytorium Kanady. W ogóle jakaś dziwna jest tendencja w tych północnych krainach. Ameryka Północna ma swoją Kanadę a my Szwecję. Zawsze można się spodziewać czegoś dobrego i ambitnego po tych krajach. I tego się spodziewałem po Kanadyjczykach. Oni potrafili wykrzesać z punk rocka coś konkretnego i dającego coś znacznie więcej niż tylko podstawę do buntowniczego podskakiwania spoconych i brudnych nastolatków.

Kolesie napierdalają dosyć konkretnie, jest ten noise, jest hard i core, jest punk i rock. Hałas zupełnie nie przeszkadza, nie denerwuje nas, nie pojawia się poirytowanie nawet przy darciu ryja wokalisty Pink Eye’s. Chyba to było brakujące ogniwo punku. Dla mnie ten nurt zawsze był w ciul wtórny. Fucked Up sprawili, że powiało trochę świeżym powietrzem. Przyznam, że szło już się udusić w tym dusznym powietrzu przepełnionym fetorem spoconych nastoletnich punków. Wydaje mi się, że najnowsza płyta Fuckedów (?) ma najlepszy opener ostatnich lat. Co to jest na początku flażolet? flecik? a potem z tego spokoju wyłania się to prawdziwe oblicze Kanadyjczyków.

Zajebistą sprawą są koncerty grupy. Kilka już zostało owianych (złą) sławą. Zacytuję biografię na Last.fm: “Mają na na koncie tak spektakularne występy jak zniszczenie kanadyjskiego studio MTV czy nocny koncert na moście w ramach festiwalu SXSW, który przerodził się w policyjne zamieszki. Pośród licznych kolaboracji zespołu z innymi artystami, warto wspomnieć o występie w lutym 2008 w The Independent w San Francisco, kiedy razem z Jello Biafra z Dead Kennedys wykonali hymn The Ramones „Blitzkrieg Bop”.” I wogóle jak oni wygladają. Dla mnie dużo skojarzeń z Les Savy Favs. Nie tylko z wyglądem obu wokalistów ale i spontanicznością na scenie, chociaż w ich przypadku to różnie bywa z przebywaniem na scenie.

Podsumowując warto posłuchać The Chemistry of Common Life (shit okładka!) i warto wybrać się na ich koncert, wrażenia w obu przypadkach zapewnione. A tak btw nie tylko ja ich doceniłem. Ocena: 8/10

Handsome Furs – Face Control

czerwiec 16, 2009 by paweuu

handsome_furs-face_control-album_artWielu już inspirowało się słowiańska kulturą, wschodnio-europejskimi zwyczajami czy też samym pięknem biedniejszej części Europy. Jednym udawało się nagrywać całkiem wypasione kawałki typu Waving Flags, innym…

…całe albumy. Handsome Furs swój drugi album nagrali zainspirowani krajami postkomunistycznymi, mowa tu oczywiście o krążku Face Control. Nie trzeba nawet było przesłuchać płyty by się o tym przekonać. Let’s see: okładka albumu. Czerwony kolor – symbol komunizmu, bez zbędnych komentarzy. Szczekającego psa można powiązać z silną władzą. Ten milusiński kojarzy się z policją a przecież jeszcze nie tak dawno temu mieliśmy do czynienia z państwem policyjnym. Główne inspiracje zawędrowały z Rosji. Nazwa albumu to zjawisko z którym spotkali się Dan i Alexei u naszych wschodnich sąsiadów. No i wracając do tego psa. Ostatnio podobny wyraz twarzy miał Putin jak oglądałem wiadomości. Wiadomo, że obecnie prezydentem jest Dimitrij Anatoljewicz Miedwiediew a o rosyjskim systemie politycznym mówi się, że niby pół-prezydencki, dualizm egzekutywy, kohabitacja itp. Jednak wiadomo, że to Putin jest tą szarą eminencją. No i dodajmy niektóre tytuły piosenek. Nyet Spasiba czy też (Passport Kontrol). Uważam, że Handsome Furs, którym wydawało się wcześniej, że tu u nas na wschodzie mieszka się w szałasach lub igloo, poluje na niedźwiedzie polarne i je codziennie zupę z vódki po tym jak zobaczyli nasze regiony tak byli zdziwieni, że nagrali płytę.

Tyle jeżeli chodzi o inspiracje. Muzyka. Handsome Furs to taki małżeński duet, ale z White Stripes łączy ich tylko słowa małżeński oraz duet. Dan Boeckner znany głównie z Wolf Parade gdzie użycza swojego głosu i szarpie na gitarze niepowtarzalne riffy. W wolnym czasie od grania w paradzie wilków oraz uprawiania miłości z Alexei Perry (żadna rodzina Katy) nagrywa z żoną muzykę. Coś w tych swoich kanadyjskich klimatach, mocno kojarzone z działalnościa Wolf Parade. Głównie z powodu gitary i wokalu Dana, które są elementami głównymi w muzyce Handsome Furs. Alexei zajmuje się komponowaniem bitów i innych dźwieków wydobywanych z syntezatora. Połączenie dość ciekawe w banalności pomysłu. Dodajmy do tego specyficzną lirykę i mamy Handsome Furs.

Warto poznać zanim się wybierzemy na koncert na Offie. Chciałem Wolf Parade, ale zadowolę się 1\4 części składu. Poza tym istnieje duże ryzyko, że zespół w całości już zawita do nas w najbliższym czasie. Danowi juz się podoba skoro nagrywa na ten temat płyty. Ocena 7/10. Warto bo kultura to nie tylko zachód, ameryka i terminator.

These New Puritans – Beat Pyramid

czerwiec 10, 2009 by paweuu

These+New+Puritans-Beat+Pyramid(2008)Trzeba poznawać to co Rojek nam zaoferuje w tym roku na Offie. Przesłuchałem już kilku artystów i zdecydowanie najbardziej przypadli mi Anglicy z These New Puritans.

Jedyną rekomendację oprócz tej tutaj można znaleźć na Pitchforku. Uhonorowani oceną 7,5 za debiut. To chyba powód do dumy? Rojek wiedział co brać mimo, że pojawiły się negatywne głosy i rozpacz. Faktycznie. W tym roku nie zanosi się na to by festiwal miał swojego “Mogwaia”, ale za to będzie dużo młodych i ciekawych artysów takich jak “purytanie”.

Co mnie zainteresowało w Beat Pyramid? Jest tego trochę. Zacznijmy od energii, która tkwi w tej muzie. Kolesie na prawdę dają radę. Trochę gitary, dużo perkusji, odrobina syntezatora, ciut trąbki i mamy energiczne kawałki do poskakania, posłuchania. Jest u nich taka świeżość. Zaciekawili mnie. Po raz pierwszy usłyszałem ich w radiu. Było to Swords of Truth. Na początku myślałem, że to punkowa przeróbka kawałku Missy Elliott. Kurwa okazało się, że nie, ale pewne momenty są w chuj podobne do hitu spod ręki Timbalanda.

Ogólnie fajnie podoba mi się koncept z różnymi przejściami po poszczególnych utworach, motyw intro i outro. Kolejny plus to Jack Barnett, który jest zajebistym wokalistą. Podoba mi się jego barwa głosu i sposób śpiewania. Liczne powtórzenia itd. Z tekstami to różnie. Raz robi wyliczankę niczym Kazik objaśniając każdą cyfrę innym razem nie potrafi znaleźć odpowiednich słów w największym hiciebandu “Elvis”. Dzięki takim utworom można sądzić, że Elvis żyje. Energiczny indie-punk-rock z elementami popu.

Jestem święcie przekonany, że na koncercie w Mysłowickim Domu Kultury dadzą radę, na albumie dali. Ocena: 7/10.


The Car Is On Fire – Katowice, 05.06.2009

czerwiec 6, 2009 by paweuu

DSC00260Widziałem ich wcześniej raz i nie wywarli na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Mimo, że był jeszcze wtedy Borys Dejnarowicz oraz wspomagał ich dodatkowo Kaczor Donald to sam gig był nie najwyższych lotów. Bo Panie Ziółkowski The Car Is On Fire to zespół klubowy a nie plenerowy.

Katowice są chujowo brzydkie a sam Cogitatur dla mnie zbyt pretensjonalny, pedalski i pozerski. Jednak ma to swoje uroki gdy do miasta zawita jeden z najlepszych indie-popowych zespołów w tym kraju. Ludzi garstka, ale wśród 30-40 łepków było wielu wyróżniających się typów. Różnorodność zatem obecna.

Zespół bez supportu, ale elegancko, modnie spóźniony mimo, że w samym klubie byli już wcześniej i namiętnie ćwiczyli repertuar. A mieli co ćwiczyć bo to początek trasy promującej najnowszą płytę Ombarrops! I jak było do przewidzenia setlista składała się głównie z najnowszych kawałków z domieszką hitów z ery Lakes & Flames. Sam początek nie był porywający. Death Of A Customer nie porwał od razu ludzi do tańca. Przyszło to trochę później z bardziej ostrymi gitarkami i większą ilością wypitego piwa przez widownię. Prawdę mówiąc ludzi było za mało, żeby “napierdalali” a szkoda bo był przy czym. Oh Joe czy Can’t Cook chociażby. Nie zabrakło Such a Lovely. Generalnie zespół z minuty na minutę się rozpędzał i szczytowanie było praktycznie na samym końcu. Poskutkowało to podwójnym bisem a ludzie chcieli jeszcze.

Była to miła zapowiedź przyszłego występu, który odbędzie się podczas Off Festivalu w Mysłowicach. Obowiązkowo trzeba tam być. Mam tylko nadzieję, że warszawiacy wystąpią w namiocie. Ostatecznie scena leśna. Koncert w sumie trwał grubo ponad godzinę. Szczerze mówiąc nie patrzyłem na zegarek. Nie miałem na to czasu, gdzye tyle fajnych rzeczy dizało się na scenie. Impreza przeniosła się do pobliskiego Carpe Diem gdzie chwytałem chwilę przy utworach The Beatles i Village People. Wieczór zaliczyć można do udanych.

Paolo Maldini

czerwiec 1, 2009 by paweuu

maldiniJuż dzisiaj można powiedzieć, że Paolo Maldini wybitnym piłkarzem BYŁ.

Wczoraj Kapitan Milanu rozegrał swój ostatni oficjalny mecz w karierze. Rossoneri pokonując Fiorentinę 2:0 zapewnili sobie udział w Lidze Mistrzów bez konieczności gry w kwalifikacjach. Był to 902 oficjalny mecz dla Paolo Maldiniego w czerwono-czarnych barwach i zarazem ostatni.

Paolo Maldini to nie tylko symbol Milanu. To istny symbol przywiązania do barw klubowych. Wśród kibiców i ludzi związanych z klubem uważany za legendę Rossonerich. Numer 3 już nie pojawi się nigdy na koszulce żadnego piłkarza Milanu. No chyba, że będzie to jeden z synów Paolo, którzy już dają radę.

Dość niesamowitą sprawą jest fakt, że Malidni nigdy nie schodził z wysokiego poziomu gry. Nawet gdy już był czterdziestolatkiem to okazywał się najpewniejszym punktem obrony Milanistów.Trenerzy i Lekarze byli zdumieni, że Paolo pod względem fizycznym wygląda jakby miał ze dziesięć lat mniej. Dodając do tego ogromne doświadczenie mamy w rezultacie najlepszego obrońcę w dziejach futbolu.

20 styczeń 1985. W tym dniu Paolo Maldini debiutował w drużynie Milanu. Przez ten czas zdobył z tą drużyną dosłownie wszystko i to w hurtowych ilościach, gdyż jego gra dla drużyny trafia na tak złote okresy jak era Sacchiego oraz era Ancelottiego. Dwa największe rozczarowania Paolo to z pewnością fakt, że nigdy nie przyznana mu Złotej Piłki France Football oraz gorycz porażki w finale MŚ w 1994 roku z Brazylią.

Maldini to dla mnie dobitny przykład prawdziwego profesjonalizmu. Szkoda, że tak mało zawodników można obecnie spotkać. Grazie Paolo.

The Car is On Fire – Ombarrops!

maj 27, 2009 by paweuu

OMBARROPSPewne jest to, że Lake & Flames jest płytą, która da się przebić. To nie szczyt polskiej muzyki indie. Można tą dość wysoko postawioną poprzeczkę przeskoczyć a sam The Car is On Fire ma potencjał by to zrobić.

Nie będę jak inni oceniał najnowszej płyty warszawiaków pod kątem jaka mogła by być tylko zwrócę uwagę na to jaka jest. Jasne, że oczekiwania wobec płyty były ogromne. No bo jak inaczej? Arcymistrzowska okładka w klimatach zeszłorocznego Mogwaia, nieźle popierdolony singiel na myspace i sama renoma zespołu wpłynęły tak mocno na nasze mózgi, że większość oczekiwała polskiej odpowiedzi na Animal Collective. I jakie to było zdziwienie, że oni nagrali dobrą płytę. Dlaczego tylko dobrą?!

Płyta daje radę. Nie jestem rozczarowany. Przyznaje, że gdy pierwszy raz ją odpalałem to nie wiedziałem czego się spodziewać. Wiedziałem, że będzie inaczej w porównaniu z hitami z Lake & Flames. Nie miało być już Borysa. Naczytałem się, że to będzie płyta XXI wieku itd, itp. Okazało się, że cała płyta to nie sa jakieś muzyczne eksperymenty jak w singlu o tej samej nazwie co album, gdzie pojawiają się dziwaczne instrumenty i żeński wokal. Budziło to skojarzenia od Stereolab poprzez Menomene kończąc na The Beatles. Nie od dziś wiadomo, że zespół przyznaje się do dość szerokich inspiracji swojej twórczości.

Martwiłem się jak będzie wyglądał wokal. Jęki Dejnarowicza miały swój urok i niepowtarzalny klimat. Jak się okazało moje zastrzeżenia były przesadne.Wokal brzmi może nawet lepiej chodź teksty nie powalają. O to jednak nie mam zastrzeżeń przy The Car is On Fire. Oni mają być melodyjni podczas jazdy samochodem, taneczni na koncertach i przyjemni w słuchawkach. Dla mnie to taki polski odpowiednik of Montreal. Taki bez tej całej pretensjonalnej gejowości. Taki polski, taki nasz. Ocena: 7/10.

Bon Iver – For Emma, Forever Ago

maj 22, 2009 by paweuu

bon-iver-for-emma-forever-agoPozostał lekki bezsens? Poczucie znużenia? Niezadowolenie, złość czy pragnienie ciepła? Chujnia raczej też nie. W pewnym sensie. Pozostał Bon Iver. Bo słyszałem o nim a nigdy jego samego.

I poznałem Bon Iver. Koleś z gitarą nucący głównie piękne ballady. Wzruszające melodie. Wypełniając przy tym serca jakimiś emocjami. Gdyby określić jego muzykę jednym słowem to myślę, że przymiotnik “piękna” byłby najlepszym rozwiązaniem. Tylko dlaczego tak jest? Wielu artystów chwyta za gitarę i też komponuje. Taki Pete Doherty chociażby ostatnio. Co go rozróżnia od innych? Sam sobie zadałem trudne pytanie. Każdy powinien po przesłuchaniu płyty spróbować sam sobie odpowiedzieć. Płyta spodoba się na tyle, że będziecie mieli wiele interpretacji podobnych do moich.

To, że Justin Vernon jest prawdziwy w tym co robi, słychać to od pierwszego momentu obcowania z płytą. Nie przynudza a wręcz zaciekawia melodią, tekstami czy też wokalem. To, że płyta praktycznie to tylko gitara i głos Vernona. Brak hałasu. Harmonia, spokój, miłość. Patos? Raczej brak, ale jak już się pojawia. Nie drażni, ale czy on występuje? Chyba nie doświadczyłem. Doznałem.

For Emma. Emma musiała być jedną z piękniejszych istotą tego świata skoro potrafiła natchnąć muzyka do skomponowania nie mniej pięknych melodii. Kobiety potrafią być najlepszą muzą dla artysty. Trochę brakuje obecnie wzajemnego szacunku. W czasach kiedy śmieszą nas dżołki typu “Czym się różni kobieta od dzika?… niczym! oboje szukają mordą żołędzi!” trochę za daleko zabrnęliśmy. Chyba nie o to w tym wszystkim chodzi.

Podarowany Bon Iver to najsmaczniejszy prezent. Uroczy. Owinięty kokardką od serca. Przeżycie kilku świetnych chwil, doświadczenie miłości, szczęścia. Mimo wszystko było warto, mimo, że teraz inaczej to brzmi. I wszystko jest inne.Dla mnie. Ocena 8/10.

P.S. Skinny Love. Od tej melodi się zaczeło i na niej chyba skończyło. Na szczęście jutro jest sobota.

Blondie – Parallel Lines

maj 15, 2009 by paweuu

BlondieParallelLinesJestem za młody by pamiętać lata 70, Nowy Jork, New Wave i te sprawy. Nie będę oryginalny. Wszystko zaczęło się od Heart of Glass.

“Królowie nocy” fajny gangsta film z 2007 roku. Pierwsza scena filmu przedstawiająca głównego bohatera strzelającego palcówę swojej egzotycznej lasce okraszona właśnie tym szlagierem na tyle mnie zaintrygowała, że sprawdziłem kto gra tego parkietowego klasyka. Blondie. I tak się zaczęło. Okazało się, że sporo piosenek tej formacji znam dobrze a reszta wcale nie jest gorsza. Parallel Lines to najlepsza płyta w dorobku grupy i ogromny krok do przodu jeżeli chodzi o muzykę. Zaczynamy.

Hanging On The Telephone daje kopa na samym starcie. Nie zapominajmy, że Debbie Harry z chłopakami to na początku punkowcy. Nie tacy true punkowyc, ale jednak. Można powiedzieć punkowcy z keyboardem.  Od czegoś trzeba było zacząć. Heart of Glass sprawił, że przybrnęła do nich etykieta zespołu disco. Obecnie nie powinno się ich szufladkować. Blondie to klasyka, legendy. Przecież nikt teraz się nie zastanawia czy The Beatels byli indie? Wracając do płyty. Heart of Glass – 6 minutowy killer parkietu, wcześniej znany jako Once I Had A Love. Dopracowany, przerobiony na klimaty dyskotekowe. To był strzał w dziesiątkę. Wcześniejsze wersje utworu zapowiadały coś ciekawego, ale nie genialnego. Okazało się, że jest to materiał na hit XX wieku.

W zasadzie ta płyta to same genialne piosenki. Tak zwane muzyczne ideały, których obecnie ciężko znaleźć. Taki Picture This. Skumajcie perkusje. To co wyrabia Clem Burke na garach zapiera dech w piersiach. Fade Away And Radiate. Kurwa ten początek. “Ooh baby, I hear how you spend night-time:Wrapped like candy in a pure blue neon glow.” No i oczywiście Chris Stein z swoimi dziarskimi riffami. Sunday Girl natomiast pełne radości sprawia, że sami klaszczemy jak nasi dziadkowie w latach 60.

Nie ma co dalej zachwycać się nad poszczególnymi utworami. Blondie przeszło do historii. Nikt tego nie podważy. Oczywiście ogromna w tym zasługa frontmenki Debbie Harry. Mojego osobistego ideału blond piękności. Obdarzoną dodatkowo wspaniałym głosem i charyzmą wywołuje u mnie dreszcze. Reszta chłopaków to łednie ubrane tło dla byłego króliczka Playboya. Zastanwiam się co robiłem w 2005 roku kiedy byli w Polsce?! Mimo, że Debbie jest już w wieku mojej babci to nadal potrafi przyciągnąć uwagę. Panie odpuść mi grzechy. Ocena: 10/10.

Hanging On The Telephone. <jerk off>